Misją Hajsownika jest nie tylko edukacja finansowa w ciekawej formie „financial true crime”, ale również zapobieganie oszustwom finansowym, dlatego po dołączeniu do grupy Hajsownika otrzymasz pdf: „Anatomia oszustwa: 10 sygnałów finansowego przekrętu — i co zrobić, gdy już wpłaciłeś„
Dołącz do grupy
Dziękuję
Jesteś w środku
Łatwogang, Cancer Fighters i rachunek, którego nikt nie chce policzyć
- Przedmiot sprawy: Fenomen zbiórki Łatwoganga (252 mln zł w 9 dni) jako soczewka, przez którą widać polską służbę zdrowia, ceny leków onkologicznych i siłę światowego przemysłu farmaceutycznego. To nie jest tekst o aferze — to rozbiór mechanizmu.
- Główni bohaterowie:
- Łatwogang — dwudziestotrzyletni streamer, który założył, że zbierze pół miliona złotych, a zebrał prawie trzysta milionów.
- Bedoes i Maja — raper i jedenastoletnia dziewczynka po trzeciej wznowie białaczki, autorzy piosenki „Ciągle tutaj jestem” („diss na raka”), wokół której urosła akcja.
- Fundacja Cancer Fighters — beneficjent zbiórki.
- WOŚP — punkt odniesienia: 34 finały, blisko 2,7 mld zł od 1993 roku.
- Skala zbiórki:
- 252 741 778 zł w pierwszej akcji — rekord Guinnessa.
- ~20 mln zł w drugiej zbiórce.
- 1,6 mln osób oglądających transmisję w jednej chwili w ostatnim dniu; 90 głów ogolonych na żywo (m.in. Lewandowski, Świątek, Małysz).
- Tło systemowe (kluczowe liczby):
- Ponad 11 mld zł rocznie wydaje Polska na onkologię — i kwota rośnie.
- ~6,5% PKB idzie u nas na zdrowie, przy średniej UE bliskiej 11%.
- ~5,6 mld zł ma zapłacić Polska Pfizerowi według nieprawomocnego wyroku z 1 kwietnia 2026 r. — prawie dwudziestokrotność rekordowego streamu.
Kwiecień 2026. Mała, wynajęta kawalerka w Warszawie. Dwudziestotrzyletni chłopak siedzi przed kamerą i w kółko słucha jednej piosenki — „Ciągle tutaj jestem”, nagranej przez rapera Bedoesa z jedenastoletnią Mają, dziewczynką po trzeciej wznowie białaczki. Chłopak nazywa siebie Łatwogang i zakłada, że zbierze pół miliona złotych dla fundacji pomagającej dzieciom z nowotworami. Dziewięć dni później na liczniku jest dwieście osiemdziesiąt dwa miliony. Rekord świata.
W tym artykule rozkładam ten fenomen na części. Nie po to, żeby cokolwiek pomniejszyć — przeciwnie. Pytam, skąd się w Polakach bierze ta zdolność do zrywu, dokąd naprawdę płyną pieniądze wydawane na raka, dlaczego nie produkujemy własnych leków i jak działa przemysł, który po drugiej stronie tego stołu ma większy budżet na przekonywanie polityków niż całe nasze państwo na leczenie. Na końcu wracam do samej fundacji i sprawdzam, co się świeci pod podszewką tej zbiórki.
Kim jest Łatwogang i co to za zbiórka?
Łatwogang to internetowy twórca, który w kwietniu 2026 roku ruszył ze zbiórką na rzecz dzieci z chorobami nowotworowymi, a paliwem akcji stała się piosenka „Ciągle tutaj jestem” — opisywana jako „diss na raka”, w której to mała Maja zwraca się wprost do choroby. Pierwotny cel — pół miliona złotych — został przebity setki razy.
Finał był spektaklem na skalę, jakiej polski internet wcześniej nie widział: w ostatnim dniu transmisję oglądało jednocześnie ponad półtora miliona osób, a na żywo ogolono dziewięćdziesiąt głów, w tym największych polskich sportowców. Łączny wynik pierwszej zbiórki — 282 741 778 złotych — trafił do Księgi rekordów Guinnessa. Kilka tygodni później ten sam twórca usiadł do tego jeszcze raz i dorzucił około dwudziestu kolejnych milionów.
I tu pojawia się pierwsze ważne spostrzeżenie: u nas to nie wyjątek, to reguła. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra od 1993 roku — przez trzydzieści cztery finały zebrała blisko 2,7 miliarda złotych, a co roku na ulice wychodzi około stu dwudziestu tysięcy wolontariuszy. W mało którym kraju w Europie tak duża część ludzi dorzuca się do zbiórek tak chętnie jak u nas.
Skąd się w Polakach bierze ta hojność?
Pierwsza odpowiedź jest oczywista: mamy dobre serca. Tylko że to nie jest pełna odpowiedź. Zrzucamy się również dlatego, że nie wierzymy, by ktokolwiek inny zrobił to za nas. Bo nie ufamy państwu.
I to nie jest fanaberia — to wynika z liczb. Na zdrowie idzie u nas mniej więcej 6,5% tego, co kraj wytwarza, podczas gdy średnia w Unii to prawie 11%. Jesteśmy poniżej, choć Bank Światowy zalicza Polskę do krajów bogatych. Polska medycyna ma przy tym pewną właściwość: w nagłych przypadkach — wypadek, zawał — potrafi uratować. Gorzej, gdy choroba jest długa i trzeba leczyć miesiącami. Wtedy zaczyna się to, co każdy zna z własnej skóry albo z opowieści: termin do specjalisty za rok, skierowanie, które trzeba wychodzić, pacjent zamieniony w numerek w kolejce.
A rak jest długi. To nie jedna operacja, lecz lata diagnostyki, chemii, kolejnych podejść i nawrotów. Rodzice dzieci z białaczką dopłacają z własnej kieszeni do dojazdów i leków spoza listy, a w połowie takich rodzin ktoś rzuca pracę, bo opieka nad chorym dzieckiem to drugi etat. Kiedy słyszysz „nie ma refundacji” albo „następny termin za rok”, a obok widzisz, że internet zebrał trzysta milionów w dziewięć dni — wiesz już, komu ufasz bardziej.
Ta nieufność nie zaczęła się wczoraj. Przez sto dwadzieścia trzy lata Polski nie było na mapie, a naszymi prapradziadkami rządzili zaborcy — państwo było cudze. Potem wojna, a po niej kilkadziesiąt lat systemu, w którym co innego mówiło się na głos, a co innego myślało w domu. Z takiego państwem się nie współpracowało; państwo się ogrywało. Stąd odruch, który ćwiczymy od pokoleń: chcesz, żeby coś było zrobione — zrób to sam, z sąsiadem, na urząd nie licz.
I tu jest haczyk. Skoro Polak zawsze jakoś poradzi sobie sam, państwo nigdy nie musi się postarać. Każda wielka zbiórka ratuje konkretne dzieci — i równocześnie zdejmuje z systemu presję, żeby w ogóle działał.
Firmowe wpłaty — odruch serca czy odruch działu PR?
Na liczniku Łatwoganga obok milionów drobnych wpłat stały wpłaty wielkie — po pięć, sześć milionów złotych, od spółek. I większość z nich robi to po prostu dobrze. Firma ma prawo pomagać, ma w tym nawet interes i nie ma w tym nic złego: pięć milionów na taką akcję to najlepsza reklama, jaką da się kupić. Marka przewija się przez najgłośniejsze wydarzenie roku i zostaje z nią ciepłe skojarzenie. Uczciwy układ — realne pieniądze za widoczność.
Jest jednak mechanizm, który warto znać, bo darowizna na chore dzieci robi coś, czego nie zrobi żaden billboard: daje osłonę. Trudno zaatakować firmę, która właśnie przekazała pięć milionów dzieciom z rakiem — cokolwiek było wcześniej, schodzi na drugi plan, a zostaje obraz dobroczyńcy. I to działa w obie strony: dla firmy czystej to premia, dla firmy, która ma coś do ukrycia — najtańszy parasol ochronny na świecie.
Dlatego kiedy następnym razem zobaczysz wielką firmową wpłatę pod wzruszającą akcją, warto zadać sobie ciche pytanie: to odruch serca czy odruch działu PR? Czasem jedno, czasem drugie, czasem oba naraz. To nie oskarżenie konkretnej firmy — to mechanizm, który warto rozumieć.
Dokąd naprawdę płyną pieniądze wydawane na raka?
Te trzysta milionów, którymi żyła cała Polska, w skali tego, co naprawdę kosztuje rak, to niecałe trzy procent. Rocznie na onkologię idzie ponad jedenaście miliardów złotych, i kwota rośnie. Cały rekordowy stream Łatwoganga to mniej więcej tyle, ile system wydaje na raka w dwa tygodnie.
Nie mówię tego, żeby pomniejszyć zbiórkę — mówię, żeby pokazać, gdzie naprawdę toczy się gra. Emocje stoją przy tych trzystu milionach. Pieniądze są przy tych jedenastu miliardach. I najważniejsze pytanie brzmi: dokąd te miliardy płyną?
W ogromnej części za granicę. Najdroższe leki na raka — immunoterapia, terapie celowane, przeciwciała — to produkt kilku światowych koncernów: Roche, Pfizer, Novartis, Merck, AstraZeneca. To one mają patenty i ustalają ceny. Polskich firm w tej najdroższej półce prawie nie ma — my kupujemy, po cenie, którą dyktuje ktoś inny.
Żeby zobaczyć skalę: cały budżet państwa na 2026 rok — wojsko, szkoły, szpitale, emerytury, drogi — to mniej więcej 919 miliardów złotych. Weź teraz trzy pierwsze z brzegu firmy farmaceutyczne, na przykład Johnson & Johnson, Pfizer i Roche, i policz, ile zarabiają w jeden rok. Razem — z grubsza tyle samo, co cały nasz krajowy budżet. Trzy firmy kontra państwo, w którym żyje trzydzieści osiem milionów ludzi. Dla nich nie jesteśmy partnerem do rozmowy — jesteśmy klientem. Pozycją w arkuszu.
Czy Polska mogłaby mieć tańsze leki — albo produkować własne?
Alternatywa istnieje, i to nie jedna. Najprostsza droga: kupować tam, gdzie jest tanio. Te same cząsteczki, po wygaśnięciu patentu, legalnie produkuje pół świata. Indyjski odpowiednik trastuzumabu (Herceptyny — leku na raka piersi) potrafi być tańszy o jakieś dziewięćdziesiąt procent. To nie podróbka, tylko ten sam lek, kilka razy taniej.
Druga droga jest dziś nierealna, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o niej rozmawiać: zamiast kupować drogie ryby, państwo bierze wędkę i łowi je samodzielnie. Mamy w Polsce firmy, które potrafią robić leki — Polpharma, Celon, Ryvu, biotech w Gdańsku. Talent jest, chemicy są, fabryki są. Tyle że to firmy prywatne, nastawione na zysk. Samo przerzucenie kontraktów z koncernów zagranicznych na prywatne firmy polskie niewiele by zmieniło, bo problemem nie jest paszport właściciela. Problemem jest cel.
Przemysł farmaceutyczny działa jak każdy biznes — jego celem jest zysk. A kiedy celem leczenia jest zysk, najwięcej zarabia się nie na tym, że ktoś wyzdrowieje, tylko na tym, że bierze drogi lek tak długo, jak się da. A gdyby ustawić to jak wojsko? Armia nie ma zarabiać — ma chronić; nikt nie wymaga od niej marży, tylko skuteczności. Wyobraź sobie przemysł lekowy rozliczany tak samo: nie z marży, lecz z tego, ilu ludzi wyleczył.
Krąży zresztą stara opowieść — i uczciwie: trudno orzec, ile w niej historii, a ile legendy — że w dawnych Chinach lekarzowi płaciło się za to, że jesteś zdrowy, i przestawało płacić w dniu, w którym zachorowałeś. Sami Chińczycy mają w klasykach zdanie, że dobry lekarz zajmuje się tymi, którzy są zdrowi, a nie tymi, którzy już chorują. Nieważne, czy to fakt, czy przypowieść — ważne, co z niej wynika: system można ustawić tak, żeby opłacało się nas wyleczyć, a nie leczyć w nieskończoność.
I to się liczbowo spina. Państwowa fabryka leków generycznych to koszt rzędu stu–dwustu milionów euro, zakład do nowoczesnych terapii — pół miliarda, może miliard. Dużo, ale raz. Po drugiej stronie na same leki na raka wydajemy rocznie kilka miliardów złotych. Załóżmy ostrożnie, że własna, nienastawiona na zysk produkcja tnie ten koszt o połowę — przy lekach tańszych o 80–90% to założenie wręcz zachowawcze. Wydatek raz: jeden, dwa miliardy. Oszczędność co rok: jeden, dwa miliardy. Taka fabryka zwraca się w rok–trzy lata, a potem przez kolejne dwadzieścia robi cztery rzeczy naraz: leczy taniej, daje pracę tutaj, uniezależnia nas od cudzych łańcuchów dostaw i pozwala sprzedawać nadwyżkę reszcie Europy. To uproszczona symulacja, nie biznesplan — ma pokazać, że pomysł jest realny finansowo. I rodzi ostatnie pytanie: skoro spina się na kalkulatorze, dlaczego nikt tego nie robi?
Jak Big Pharma broni swoich zysków? Trzy opisane metody
Bo po drugiej stronie stoi przeciwnik, który gra w tę grę od dekad — konsekwentnie, w jednym kierunku. I nie są to domysły, tylko opisane, nazwane metody.
Metoda pierwsza: rozciąganie patentu (evergreening). Kiedy ochrona leku zbliża się do końca i na horyzoncie pojawiają się tańsze odpowiedniki, koncern zgłasza drobną zmianę — inną postać tabletki, inną dawkę — i dostaje nowy patent. Lek na reumatoidalne zapalenie stawów, Humira, był w USA obstawiony ponad dwoma setkami patentów; mówi się nawet o 247 patentach na jeden lek. Amerykański urząd antymonopolowy (FTC) nazwał to wprost zaporą przeciwko konkurencji.
Metoda druga: płać, żeby opóźnić (pay-for-delay). Jeszcze prościej — koncern płaci wytwórcy tańszego zamiennika, żeby ten nie wchodził na rynek. W jednym z opisywanych przykładów producent leku na serce, w cenie ponad dwustu tysięcy dolarów rocznie na pacjenta, dogadał się z trzema wytwórcami tańszych wersji, żeby wstrzymać je aż do 2031 roku.
Metoda trzecia: wpływ na regulatorów. Czasem twardo — koncern AstraZeneca dostał w Europie karę za wprowadzanie urzędów patentowych w błąd i wyrejestrowywanie leku, by utrudnić wejście tańszym (kara prawomocna, podtrzymana przez TSUE). A czasem miękko: powstają organizacje pacjentów, które wyglądają na oddolny, niezależny głos chorych, a bywa, że finansuje je ten sam koncern, który dany lek sprzedaje. Praca naukowa o lobbingu farmaceutycznym w naszej części Europy opisuje to wprost — pacjenci jako „niezależna trzecia strona”, która niezależna nie jest.
Reforma lekowa UE 2025 — dlaczego się nie udało?
W 2025 roku Unia szykowała największą reformę prawa lekowego od ponad dwudziestu lat. W jej sercu było jedno pytanie: jak długo nowy lek ma być chroniony przed tańszą konkurencją. Komisja Europejska chciała skrócić ten czas z ośmiu lat do sześciu — krócej znaczy, że tańsze leki wchodzą szybciej, a ludzie płacą mniej.
Reforma stała zablokowana latami; cztery kolejne prezydencje w Radzie nie umiały ruszyć jej z miejsca. Ruszyła ją dopiero Polska — w czerwcu 2025, w trakcie naszego przewodnictwa w Radzie. Szef komisji zdrowia w Parlamencie Europejskim Adam Jarubas mówił wprost, że udało się to tylko Polsce, czego nie dokonały cztery prezydencje przed nami. To dobra wiadomość: mieliśmy wolę i pchnęliśmy sprawę, której nikt wcześniej nie potrafił pchnąć.
A teraz zła. Gdy doszło do meritum — do skrócenia ochrony z ośmiu lat do sześciu — osiem lat zostało. W grudniu 2025 roku stanęło na kompromisie: osiem lat plus jeden, z możliwością wydłużenia. Cięcie, na którym zależało Komisji, wyparowało, a tańsze leki nie weszły szybciej. Przegraliśmy tę rundę nie dlatego, że źle graliśmy — przegraliśmy, bo nawet gdy gramy dobrze, meritum i tak ugina się w stronę tych, którzy są więksi.
Wyrok Pfizer kontra Polska — 5,6 miliarda za niepotrzebne szczepionki
Żeby zobaczyć tę nierównowagę w pełnej krasie, wystarczy sprawa sprzed kilku tygodni. 1 kwietnia 2026 roku sąd w Brukseli orzekł, że Polska ma zapłacić Pfizerowi około 5,6 miliarda złotych. Za co? Za szczepionki przeciw COVID, które jeszcze poprzedni rząd zamówił w ogromnej nadwyżce, a których po końcu pandemii i po wybuchu wojny w Ukrainie już nie potrzebowaliśmy. Polska odmówiła odbioru, sąd uznał, że umowa to umowa — mamy zapłacić i jeszcze odebrać około sześćdziesięciu milionów dawek, które najpewniej trafią do utylizacji. Wyrok jest nieprawomocny, idzie apelacja; Polska podnosi w niej nawet wątpliwości co do „czystości” patentowej tych preparatów, ale to argument w sporze, nie przesądzony fakt.
Zobaczmy tę liczbę w kontekście całego odcinka. 5,6 miliarda złotych to mniej więcej tyle, ile cały roczny budżet Polski na leki na raka, i prawie dwadzieścia razy więcej niż cały rekordowy stream Łatwoganga. Trzysta milionów zbieraliśmy całym narodem przez dziewięć dni, goląc głowy — a jednym wyrokiem jeden koncern może dostać od nas dwadzieścia razy tyle, za towar, który wyrzucimy.
I jeszcze jedno, systemowo najważniejsze. Polski rząd ma cztery lata, a koncern, z którym siada do stołu, ma za sobą dekady jednej, konsekwentnie pilnowanej strategii. To walka, w której kadencja mierzy się z pokoleniem — nawet najuczciwszy polityk jest tu z góry na słabszej pozycji, bo zanim rozłoży akta, kończy mu się czas, a druga strona gra dalej, jakby nic się nie stało.
Co z fundacją Cancer Fighters? Czerwonej lampki nie ma — kilka żółtych tak
Kiedy na jednym koncie ląduje nagle taka kwota, pierwsze, co robimy, to zaglądamy pod podszewkę. I uczciwie: czerwonej lampki nie ma. Nic złego się nie wydarzyło. Ale kilka żółtych — owszem, się zapaliło.
Pierwsza — skala. Jeszcze rok temu fundacja Cancer Fighters obracała kwotą rzędu dwunastu i pół miliona złotych i miała dziesięciu pracowników. Dziś trzyma na głowie ponad dwadzieścia razy tyle. Do takiej skali trzeba dorosnąć — ludźmi, procedurami, kontrolą. To się nie dzieje samo.
Druga — jeden podpis. Statut fundacji pozwala, by wiążące decyzje podpisywał samodzielnie jeden człowiek, prezes. Przy dwunastu milionach to drobiazg. Przy prawie trzystu rodzi się pytanie, czy nad kwotą tej skali czuwa coś więcej niż jeden podpis.
Trzecia — głos lekarzy. Odezwali się sami medycy. Zarząd Polskiego Towarzystwa Onkologii i Hematologii Dziecięcej — czyli ci, którzy te dzieci leczą — wysłał do fundacji list otwarty. Już samo to, że trzeba pisać list otwarty zamiast podnieść słuchawkę, coś mówi. W tle słychać konkretną obawę: że pieniądze trafią głównie do jednego ośrodka, zamiast rozłożyć się tam, gdzie dzieci z rakiem leczą się w całym kraju.
Fundacja na te pytania odpowiada: uruchomiła stronę, która ma pokazywać każdy wydatek, zapowiedziała radę ekspertów i konsultacje z lekarzami. Przy takiej kwocie to dokładnie to, czego się od niej oczekuje.
Jest jeszcze jedna data w kalendarzu. Każda taka fundacja musi raz w roku pokazać publicznie, na co poszły pieniądze — rozliczenie trafia do jawnej, ogólnodostępnej bazy. Termin za rok 2025 mija 15 lipca. Dlatego dziś nie stawiamy żadnej tezy — poza tą jedną, że ten dzień mamy podkreślony.
Naród, który raz po raz robi rzecz pozornie niemożliwą
Wróćmy do tej kawalerki. Dwieście osiemdziesiąt dwa miliony złotych pokazały, że potrafimy zewrzeć szyk wokół obcego dziecka tak, jak mało kto na świecie. Wiemy już, skąd to w nas jest — z pokoleń, w których na państwo nie można było liczyć, więc liczyło się na siebie nawzajem.
Ten sam naród raz po raz robi rzecz pozornie niemożliwą. Owsiak w 1993 chciał kupić parę inkubatorów — wyszło z tego 2,7 miliarda. Łatwogang chciał zebrać pół miliona — zebrał prawie trzysta. Może więc naród, który potrafi to, czego nikt nie zakładał, ruszyłby kiedyś i tę większą, cięższą sprawę: własne leki, własne fabryki, własny rachunek za zdrowie. Nie zamiast golenia głów — po prostu dlatego, że raz już udowodnił, że potrafi więcej, niż mu się wydaje.
To nie jest obietnica. Walka jest z góry nierówna i pewnie długo taka pozostanie. Ale dopóki potrafimy się tak zewrzeć — jest z czego budować.
FAQ — najczęstsze pytania o zbiórkę Łatwoganga
Ile dokładnie zebrał Łatwogang? Pierwsza zbiórka zamknęła się kwotą 282 741 778 złotych — to rekord Guinnessa. Kilka tygodni później druga akcja dorzuciła około dwudziestu milionów złotych.
Na co poszły pieniądze ze zbiórki? Środki trafiły do fundacji Cancer Fighters, która pomaga dzieciom z chorobami nowotworowymi. Fundacja zapowiedziała publiczne pokazywanie wydatków, radę ekspertów i konsultacje z lekarzami. Pełne, oficjalne rozliczenie za 2025 rok trafi do jawnej bazy sprawozdań — termin mija 15 lipca.
Czy z fundacją Cancer Fighters jest coś nie tak? Nie ma żadnych ustaleń wskazujących na nieprawidłowości i obowiązuje pełne zaufanie do dobrej woli organizatorów. W odcinku wskazujemy jedynie „żółte lampki” — gwałtowny wzrost skali, zapis statutu o jednoosobowych decyzjach prezesa i list otwarty środowiska onkologów — czyli rzeczy, które przy kwocie tej skali warto obserwować, a nie zarzuty.
Dlaczego mówicie, że szczepionki były „niepotrzebne”, a nie „wadliwe”? Bo to dwie różne rzeczy. Spór z Pfizerem dotyczy szczepionek zamówionych w nadwyżce, których Polska po pandemii nie potrzebowała — to fakt. Wątek „czystości patentowej” preparatów to argument, który Polska podnosi w apelacji, czyli wątpliwość w sporze, a nie przesądzony fakt.
Ile Polska wydaje rocznie na leczenie raka? Ponad jedenaście miliardów złotych, i kwota rośnie. Rekordowy stream Łatwoganga (ok. 300 mln zł) to mniej więcej tyle, ile system wydaje na onkologię w dwa tygodnie — niecałe trzy procent rocznych nakładów.
Czy Polska mogłaby produkować własne, tańsze leki na raka? Technicznie i finansowo taki pomysł się spina — mamy zaplecze (Polpharma, Celon, Ryvu, biotech w Gdańsku), a po wygaśnięciu patentów te same cząsteczki produkuje pół świata, czasem o 80–90% taniej. Przeszkodą nie jest brak możliwości, lecz cel: prywatny przemysł działa dla zysku, a państwowa, nienastawiona na marżę produkcja wymagałaby decyzji politycznej i starcia z bardzo silnym przeciwnikiem.



