Misją Hajsownika jest nie tylko edukacja finansowa w ciekawej formie „financial true crime”, ale również zapobieganie oszustwom finansowym, dlatego po dołączeniu do grupy Hajsownika otrzymasz pdf: „Anatomia oszustwa: 10 sygnałów finansowego przekrętu — i co zrobić, gdy już wpłaciłeś„
Dołącz do grupy
Dziękuję
Jesteś w środku
„Sylwester to moje dziecko". Roman Ż.
Przedmiot sprawy. Wieloletnia działalność przypisywana Romanowi Ż. „Rudemu”: od śląskiej grupy przestępczej lat 90. („Pokid”), przez lichwę i przejmowanie majątków przedsiębiorców, po karuzele VAT i — według ustaleń dziennikarzy oraz prokuratury — nieformalną kontrolę nad giełdą kryptowalut BitBay/ZondaCrypto. Osią raportu jest jedno pytanie: jak działa „ta sama szkoła w nowym stroju” — jak metody, kapitał i ochrona przechodzą od mafii, która strzelała, do mafii, która podpisuje umowy, i dlaczego domniemany sprawca zostaje na wolności, a jego ofiary trafiają pod zarzuty. Wątek łączy się z serią o aferze ZondaCrypto oraz z raportem o „Mańku”. Obowiązuje domniemanie niewinności.
Główni bohaterowie i powiązane podmioty:
- Roman Ż. („Rudy”) — bohater raportu, z Bytomia, rocznik 1978. Wielokrotnie karany (m.in. fałszowanie banknotów, rozboje, sutenerstwo, kradzież z włamaniem, oszustwa). Według prokuratury od 2012 r. powiązany z kierowaniem grupami wyłudzającymi VAT. Według ustaleń „Superwizjera” TVN miał być nieformalnie obecny w BitBay od początku, z udziałami zapisanymi na siostrę. Zaprzecza.
- Grzegorz P. („Pokid”) — legenda śląskiego półświatka lat 90., „szkoła”, z której wyszedł Roman. Po rozbiciu grupy nawrócił się i wstąpił do zakonu benedyktynów.
- Marek K. — prawa ręka Romana; w latach 90. skazany na osiem lat więzienia za udział w porwaniu zakończonym zabójstwem. Formalny wspólnik i wiceprezes BitBay.
- Sylwester Suszek — „król bitcoinów”, publiczna twarz giełdy; nazywany przez Romana „moim dzieckiem”. Zaginiony 10 marca 2022 r.
- Mateusz Bajer, Jacek Rogoż — pomysłodawca i programista przy założeniu BitBay (KRS 0000373405).
- Tomasz D. („Kaczka”), Janusz T. („Krakowiak”), Marian W. („Maniek”) — figury półświatka w orbicie giełdy.
- Przemysław K. — adwokat giełdy, później jej prezes; Marcin S. — detektyw, były agent CBA (wątek prób wyciszenia materiału dziennikarskiego). Skala (PLN):
- ok. 40 mln zł — majątek jednego pokrzywdzonego (wg materiału „Zbrodnia Ikara”). Zarzuty postawione Romanowi w tej sprawie: nieco ponad 4 mln zł — kilkadziesiąt razy mniej, niż zniknęło.
- ok. 1,6 mld zł — realny odpływ środków z bilansu ZondaCrypto (dla porównania Amber Gold: 851 mln zł).
- ok. 350 mln zł — wstępnie szacowana szkoda w sprawie zamrożenia wypłat na giełdzie (wiosna 2026).
- do ok. 1 mln zł oferowane wprost dziennikarzom za wyciszenie materiału „Superwizjera”; z dokumentów śledztwa wynika, że w całą operację zaangażowano środki znacznie większe — ok. 4 mln zł w kryptowalutach.
- Status i poszkodowani:
- Ofiary lichwy: pojedynczy przedsiębiorcy drenowani przez lata; część z nich sama trafiła później pod zarzuty lub zniknęła z życia rodzinnego.
- Sprawa VAT z 40-milionową stratą: bez procesu sądowego; planowany koniec postępowania — czerwiec 2026.
- Sprawa ZondaCrypto: ok. 2000 zawiadomień do prokuratury (wiosna 2026).
- Wobec Romana Ż. toczą się postępowania, formułowane są zarzuty opisywane przez media, ale nie zapadł prawomocny wyrok, a on zaprzecza. Obowiązuje domniemanie niewinności — ostateczna kwalifikacja prawna należy do sądu.
W tym raporcie wyjaśniam po kolei: skąd wziął się Roman Ż., czego nauczył się w „szkole Pokida”, jak działa jego maszyna do odbierania ludziom majątku krok po kroku, jak pierwsze wielkie pieniądze zamieniły się w „startup” o nazwie BitBay, kim naprawdę był dla „króla bitcoinów” i dlaczego przez trzydzieści lat — od lichwy przez VAT po giełdę — finał jest zawsze ten sam: ofiary z zarzutami, a on na wolności. Wszystko w oparciu o archiwa prasy śląskiej z lat 1999–2001, ustalenia „Superwizjera” TVN (Michał F. i Patryk S., materiał z 2020 r.), publikacje Onetu i „Rzeczpospolitej”, materiał „Zbrodnia Ikara” oraz państwowe rejestry (KRS 0000373405). Osoby nieskazane prawomocnie występują pod formą imię + inicjał lub pseudonim; wyjątkiem są osoby publiczne i pokrzywdzeni, którzy występowali już pod pełnym nazwiskiem. Obowiązuje domniemanie niewinności.
Lipiec 1995. Wszystko zaczyna się od lasu
Pod dom przedsiębiorcy w Tychach podjeżdża radiowóz. Wysiadają policjanci, proszą, żeby pojechał z nimi na komendę złożyć wyjaśnienia. Drobna formalność. Wsiada — bo komu jak komu, ale policji się ufa.
Tylko że to nie są policjanci. W samochodzie do napoju trafia środek odurzający. Auto nie jedzie na żadną komendę — jedzie do Kędzierzyna-Koźla, do piwnicy hotelu. Potem ostatnia trasa: las. Dół był wykopany dwa tygodnie wcześniej; przez ten czas padało, ziemia się obsunęła, więc grób trzeba było jeszcze pogłębić. Zaplanowano to na spokojnie, z wyprzedzeniem.
W akcji brał udział m.in. dziewiętnastolatek — Marek K. Zapamiętaj to nazwisko, bo za dwadzieścia lat wróci w zupełnie innym kostiumie: jako wiceprezes giełdy kryptowalut.
Szkoła „Pokida” — jak wyglądała mafia lat 90.
Kiedy słyszysz „polska mafia”, widzisz dokładnie ten świat. Lata 90., chłopaki z blokowisk po przemianie ustrojowej, krzykliwe fury, karki od zadań specjalnych. To nie filmowa przesada — z ich działalności pochodzi całe nasze wyobrażenie o gangsterach. Zarabiali na wszystkim, co dawało szybki hajs: napady z bronią, napady na tiry, haracze, podpalenia, porwania dla okupu, przekręty na paliwach i zlecenia — pobicia, porwania, zabójstwa. Usługa jak każda inna, tylko cennik inny.
Na Śląsku ta scena miała swoją geografię i hierarchię. Gliwicami i okolicą rządził Grzegorz P., pseudonim „Pokid” — legenda tamtejszego półświatka. Jego ludzie to były, jak mówił policjant „Gazecie Śląskiej”, młode wilki: drapieżne, bezwzględne, bez skrupułów. Teren: Gliwice, Opole, Kędzierzyn-Koźle. Scena otwarcia — porwanie tyskiego przedsiębiorcy — to była ich robota, wykonana na zlecenie.
Pokid nie działał w próżni. Obok niego funkcjonowały grupy „Krakowiaka”, „Simona” (przedstawiciela Pruszkowa na Śląsk) i inne. To nie byli oderwani od siebie bandyci — znali się, współpracowali, podzlecali sobie roboty, czasem się zwalczali. Dokładnie jak przedsiębiorcy z jednej branży: jedni robili logistykę, inni egzekucje, jeszcze inni finansowanie.
Jak działały wyłudzenia w tej szkole, pokazuje jeden numer z lat 90. Właściciel baru w Kędzierzynie odbiera anonimowy telefon: płacisz trzy tysiące, albo skrzywdzimy ci rodzinę. Człowiek jest sparaliżowany strachem. Następnego dnia — cóż za zbieg okoliczności — zjawia się u niego uprzejmy mężczyzna i oferuje pomoc: za dziewięć tysięcy pozbędę się tego telefonisty. Anonimowym telefonistą był on sam. Sprawa kończy się tak, że bar płaci półtora tysiąca miesięcznie za „ochronę”. Zapamiętaj ten schemat — najpierw problem, potem „przyjaciel z rozwiązaniem” — bo wróci trzydzieści lat później w dojrzalszej wersji.
Jednym z ludzi Pokida, postawionym w strukturze wyżej niż dziewiętnastoletni Marek K., był nasz bohater. Roman Ż. z Bytomia. W tej szkole uczył się bezpośrednio od mistrza.
Szef idzie do klasztoru, szkoła zostaje na wolności
Rok 2000 kończy erę Pokida. Policja zatrzymuje jego i najbliższych współpracowników. Procesy ciągną się latami: udział w zorganizowanej grupie, haracze, pobicia, porwania, podkładanie bomb, zabójstwo — piętnaście osób na jednej ławie oskarżonych. Marek K., ten dziewiętnastolatek z lasu, dostaje za udział w zabójstwie osiem lat więzienia. Sam Pokid około 2005 roku nawraca się i wstępuje do opactwa benedyktynów w Tyńcu.
A Roman Ż.? Jego kartoteka z tamtych lat zaczyna się od podrabiania banknotów, potem rozboje, sutenerstwo. W latach 2004–2005 siedzi w areszcie, zbiera wyroki m.in. za kradzież z włamaniem i posługiwanie się fałszywymi dokumentami; kara łączna to trzy i pół roku. Rocznik 78, ma brata i o jedenaście lat młodszą siostrę Martę, skończył technikum gastronomiczne, pracował jako kelner. I ma jedną cechę, którą zgodnie opisuje praktycznie każdy, kto się z nim zetknął: potrafi wzbudzić sympatię i zaufanie na poziomie, w który trudno uwierzyć. Jedna z jego przyszłych ofiar ujmie to tak — tak cię umota, taki się robi przyjaciel, że sam nie wierzysz. Do dziś się zastanawiam, jak mogłem dać się tak oszukać.
Roman wychodzi na wolność w 2011 roku. Jest spłukany. Życzliwy przedsiębiorca kupuje jemu i koledze z celi poloneza i zatrudnia ich, by rozwozili wodę mineralną po jego stacjach benzynowych. Tu zaczyna się właściwa część tej historii.
Maszyna do przejmowania majątku, krok po kroku
W jaki sposób Roman Ż. wyłudził miliony? Ofiary opisują mechanizm identycznie, niezależnie od siebie — i to jest główna oś tej historii.
Krok pierwszy: dostęp do kapitału. Jeszcze w roku wyjścia z więzienia Roman poznaje córkę zamożnego śląskiego przedsiębiorcy, Wacława B. Chwali się znajomym, że „wkręcił się do bogatej rodziny” i ma dostęp do dużych pieniędzy.
Krok drugi: przyjaźń. Nienaturalnie szybka, nienaturalnie głęboka. Roman staje się najlepszym kumplem, powiernikiem, człowiekiem od wszystkiego. Wchodzi do twojego domu — a jedna z ofiar opisała potem dosłownie, co robi: chodzi po nim jak po muzeum. Ogląda. Była policjantka, u której pojawił się na kolacji biznesowej, powiedziała, że od pierwszej chwili miała wrażenie, że on nie ogląda domu — on wycenia kolejną nieruchomość do przejęcia.
Krok trzeci: pożyczka. Kiedy przedsiębiorca wspomina mimochodem o kłopotach finansowych, Roman ma rozwiązanie: znam kogoś, kto ma pieniądze, mogę załatwić. Najpierw sto tysięcy pod firmę. Za tydzień brakuje — dochodzi dwieście. Po kilku miesiącach milion, spłacany w ratach. Formalnie pożyczkodawcą jest Wacław B. Ale dług — jak zeznaje pokrzywdzony — woził Romanowi. Jemu i jego kierowcom. Bez pokwitowań, bo przecież przyjaciołom się ufa.
Krok czwarty: zabezpieczenie. To jest serce mechanizmu. Pożyczasz trzysta tysięcy — zabezpieczeniem jest twoja nieruchomość warta dwadzieścia milionów. Na papierze prawo cię chroni: hipoteka zabezpiecza tylko kwotę wpisaną do księgi wieczystej, więc przy licytacji wierzyciel bierze swoje trzysta tysięcy z odsetkami, a reszta wraca do ciebie. Tak mówi przepis. Ale lichwiarz nie gra na odsetki. On gra na twoje pierwsze potknięcie. Jedna spóźniona rata, jeden kwestionowany termin — i zaczyna się młyn: cesje, aneksy, podstawione spółki, „doradcy”, kolejne pożyczki na spłatę poprzednich. Dług, którego nie da się domknąć, bo nikt ci nie kwitował wpłat. Nieruchomość warta dwadzieścia milionów wyjeżdża z twojego majątku za ułamek wartości. To klasyczny schemat kwalifikowany jako oszustwo albo wyzysk.
Jeden z pokrzywdzonych — ten sam, który pomógł Romanowi po wyjściu z więzienia — zeznaje, że pożyczył łącznie około miliona trzystu tysięcy, oddał siedem milionów, a kiedy dziennikarz „Zbrodni Ikara” prosi go o zsumowanie wszystkiego, co stracił, pada kwota: majątek wart około czterdziestu milionów złotych. W 2018 roku, przez sieć spółek i fikcyjnych pożyczek, traci kontrolę nad firmą wartą kilkadziesiąt milionów — a potem sam trafia do aresztu z poważnymi zarzutami. Jego rozlewnia wody stanie się później siedzibą koparek kryptowalut.
Inny przypadek: małżeństwo byłych policjantów, handel częściami samochodowymi, sto milionów obrotu rocznie. Firma, której każdy bank dałby kredyt od ręki. I nagle — po pojawieniu się Romana — spółka bierze pożyczkę trzy miliony pod zastaw nieruchomości wartych dziesięć. Mąż zaczyna stawać na każde wezwanie; Roman dzwoni i w kwadrans trzeba być w Katowicach, choćby był akurat trening dziecka. W 2021 zrywa kontakt z rodziną i znika z domu; jego syn od lat nie ma z nim kontaktu. Z czasem i on trafia do aresztu w związku z karuzelą VAT.
Wzór jest zawsze ten sam: przyjacielska relacja → analiza majątku → miesiące albo lata drenowania → przejęcie wszystkiego → a na koniec to ofiara ma problemy prawne. Albo znika. To dokładnie numer z barem w Kędzierzynie, tylko dojrzalszy.
Od wyłudzeń do „startupu” — narodziny BitBay
Z lichwy są pierwsze poważne pieniądze. Od 2012 roku, jak wynika z dokumentów prokuratury, rusza kolejny poziom: karuzele VAT. Fikcyjny obrót granulatem polipropylenu, tworzywami, barwnikami; w innej sprawie — fikcyjny handel drewnem egzotycznym. Towar krąży, a z budżetu państwa znikają miliony. W aktach pojawia się nazwisko Romana Ż.; śledczy postawią mu z czasem zarzuty dotyczące wyłudzeń VAT oraz zarzut założenia lub kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. (Mechanikę samej karuzeli VAT rozłożyłem osobno w raporcie o „Mańku”, więc tu jej nie powtarzam.)
Śląsk, okolice 2013–2014. Trzech kolegów z jednego podwórka w Piekarach Śląskich — Sylwester Suszek, Jacek Rogoż i Mateusz Bajer — kręci się wokół kryptowalut: kopanie bitcoina, karty graficzne, młodzieńcza fascynacja nową technologią. Suszek ma już za sobą kilka biznesów kończonych różnie, ale gadane ma znakomite; sam powie później, że umie sprzedać piasek na pustyni. Chłopakom brakuje jednego: kapitału.
I tu — jak opisywał Onet — pojawia się Roman Ż., pseudonim „Rudy”, z Bytomia. Roman wykłada pierwsze pieniądze, cytując relację jego znajomego, niczym na jakiś startup. Według ustaleń „Superwizjera” pierwszy strzał to trzydzieści pięć tysięcy, potem dolewki — a gotówkę przywoził Marek K. Zwykły anioł biznesu? Tyle że anioł z tej branży zabezpiecza się po swojemu.
14 marca 2014 powstaje giełda BitBay. Zajrzyjmy do KRS. Oficjalni wspólnicy: Jacek Rogoż (programista) — trzysta udziałów; ojciec Sylwestra — trzysta, bo formalnie dzierży udziały syna; Mateusz Bajer — siedemset; i Marek K. — siedemset, do tego fotel wiceprezesa. Rodzina i prawa ręka Romana to tysiąc czterysta udziałów z dwóch tysięcy. Ludzie powiązani z Romanem Ż. mają od pierwszego dnia większość giełdy. Człowiek skazany za współudział w porwaniu i zabójstwie zostaje wiceprezesem firmy, której za kilka lat zaufają setki tysięcy Polaków.
A Roman? Formalnie nie ma nic. W żadnym rejestrze go nie znajdziesz. I dokładnie o to chodzi — bo brak w rejestrach to nie kontrargument wobec słowa „wspólnik”. To jego definicja.
„To moje dziecko” — Roman i Sylwester Suszek
Jest jeszcze warstwa ludzka tej inwestycji. Roman zaprzyjaźnia się z Sylwestrem — i to nie jest zwykła przyjaźń wspólników. Roman mówi o nim: „to moje dziecko”. Zabiera go wszędzie ze sobą; ofiara lichwy wspomina, jak Roman przyjeżdżał po odsetki Porsche, a Sylwester siedział w aucie jak kierowca. Według relacji Roman mówił mu nawet, w co ma się ubierać. Zostaje ojcem chrzestnym jego syna. Kupują wspólnie dom w Hiszpanii, w Benidorm pod Alicante. Mentor i uczeń. Ojciec i „dziecko”.
Rozkminka w Krakowie
Plan był prosty: wkładamy sto, dwieście tysięcy, za rok się zwraca. Nie zwraca się — giełda pożera pieniądze: serwery, ludzie, marketing, płynność. W normalnych warunkach rynkowych taki biznes by po prostu upadł. Ale ten nie działał w normalnych warunkach. W tym środowisku opcje finansowania są szersze, bo dla ludzi z branży taka giełda to podwójna okazja: jeśli wypali — świetna inwestycja; a niezależnie od wszystkiego — potencjalne okno do prania pieniędzy.
Dochodzi więc kolejny inwestor: Tomasz D., pseudonim „Kaczka” — człowiek z grupy Janusza T., pseudonim „Krakowiak”, jednego z najgłośniejszych gangsterów Małopolski i Śląska lat 90., działającego w tym samym świecie co Pokid. Potem bitcoin robi to, co bitcoin, i w latach 2017–2019 BitBay to już wielomilionowy biznes. Domy w Hiszpanii kupują sobie wszyscy.
I wtedy zaczyna się to, co zwykle przy wielkich pieniądzach. Kaczka uznaje, że skoro firma urosła dzięki jego pieniądzom, to nie należy mu się zwrot — należą mu się udziały. Maniek jest po drugiej stronie: chce po prostu oddać pieniądze i zamknąć temat, a przy okazji rozpycha się w spółce, wprowadzając swojego człowieka, adwokata Przemysława K. Atmosfera gęstnieje na tyle, że trzeba to wyjaśnić po staremu, twarzą w twarz.
Kraków, spotkanie, które w środowisku nazywa się „rozkminką”. Ustalenie było jasne: przychodzimy bez broni — więc oczywiście każdy przyszedł z klamką za paskiem. Kaczka stawia się z obstawą liczącą około dwudziestu ludzi; ekipa Mańka w takiej sile nie zostaje w ogóle wpuszczona, wchodzi tylko trzech. Kogo przy tym stole nie ma: Sylwestra Suszka — prezesa, twarzy giełdy, człowieka, który w telewizjach opowiada o swoim sukcesie. Samo spotkanie jest napięte do granic; w kulminacyjnym momencie Kaczka oblewa Mańka wodą — upokorzenie na oczach wszystkich. Ale nie pada ani jeden strzał. Po „rozkmince” Maniek zaczyna przygotowania do wyjazdu za granicę. I jeszcze jedno: CBA, prowadząc działania wobec Kaczki, nagrało to spotkanie. Nagranie zostało potem — przez „przypadek” — skasowane.
Przyjaźń się kończy. „Dziecko” przestaje być dzieckiem
Rok 2020. Do drzwi giełdy pukają reporterzy „Superwizjera”, Michał F. i Patryk S. Pierwszy raz ktoś zadaje Suszkowi trudne pytania — przy stole siedzi też jego prawnik, Przemysław K. I gdy pada nazwisko Romana, Suszek eksploduje. Cytuję z nagrania, z przekleństwem, bo ono tu ma znaczenie: „Pan Roman, k**a, nie ma nic wspólnego z BitBayem. Nic. Totalnie nic.”* Roman to według niego tylko człowiek, który „przynosi tematy do firmy” i ma za to płacone. Człowiek, który mówił o tobie „moje dziecko”, ochrzcił ci syna i kupił z tobą dom w Hiszpanii — a ty publicznie sprowadzasz go do roli akwizytora. To nie jest wypowiedź wspólnika. To wypowiedź kogoś, kto próbuje się odciąć.
A potem dziennikarze pytają o Martę — młodszą siostrę Romana. W 2017 roku, gdy nad Markiem K. zebrały się prokuratorskie chmury w sprawie VAT, jego udziały musiały zniknąć z widoku; Suszek publicznie zapewniał, że osobiście je wykupuje, ale w dokumentach udziały ostatecznie lądują w spółce kontrolowanej przez Martę Ż. Potem właściciele przenoszą je dalej — do trzech spółek w Dubaju — i giełda staje się marką, za którą stoi sieć rozsiana po świecie, poza realną kontrolą. Zapytany o Martę, pewny siebie do tej pory Suszek nagle się gubi i plącze.
Od tego momentu relacja Romana i Sylwestra to już nie mentor i dziecko. Suszek — jak wynika z późniejszych relacji — zaczyna się Romana bać: podejrzewa go o zniszczenie samochodu, a nawet o plany porwania; na jego telefon przychodzą wiadomości brzmiące jak groźby i przypomnienie zależności. W maju 2021 oddaje fotel prezesa Przemysławowi K. — oficjalnie sam rezygnuje, nieoficjalnie zostaje odsunięty. W listopadzie 2021 BitBay zmienia nazwę na Zonda. 10 marca 2022 Suszek jedzie na spotkanie na bazę paliwową w Czeladzi — należącą do Mańka — i znika bez śladu; monitoring akurat tego dnia nie działał. Ciała do dziś nie odnaleziono, a śledczy są przekonani, że nie żyje. Według relacji jednego ze świadków Roman miał się później chwalić, że Sylwester „musiał zniknąć, bo był niewygodny”; świadek zeznał to prokuratorowi i usłyszał: nie mamy dowodów. Dalsze losy giełdy — zamrożenie wypłat od grudnia 2025, lawina zawiadomień wiosną 2026 i ok. 1,6 mld zł odpływu z bilansu spółki (Amber Gold to było 851 mln) — opisałem w serii o ZondaCrypto, więc tu tylko domykam wątek.
Dlaczego są bezkarni. Wróćmy do sceny otwarcia
Przez cały czas pracy nad tym materiałem wracało jedno pytanie: jak to jest, że ci ludzie są tak dobrze poinformowani? Że są nie równo z policją, ale o krok przed nią? Że zawsze wiedzą, kiedy się usunąć, kiedy przepisać udziały, kiedy wyjechać? Żeby to zobaczyć, trzeba wrócić do lipca 1995 i do radiowozu pod domem w Tychach.
Skąd gangsterzy mieli mundury? Z policji. Sprzedał je gangowi były warszawski policjant — ten sam człowiek dostarczał im amunicję i granaty. Z posterunku do gangu. Ten mechanizm działa od trzydziestu lat: świat przestępczy od zawsze rekrutuje po drugiej stronie lustra. Już w latach 90. grupy miały w strukturach byłych i czynnych funkcjonariuszy oraz swoich ludzi w policji. Pomyśl o tym jak o biznesie: policja próbuje infiltrować ciebie, więc ty — mając środki — infiltrujesz policję. Wywiad i kontrwywiad, tylko po jednej stronie jest budżetówka, a po drugiej gotówka.
Ten sam mechanizm trzydzieści lat później, w wersji korporacyjnej: giełda BitBay zatrudnia człowieka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo transakcji — byłego naczelnika policyjnego wydziału do walki z cyberprzestępczością. Zapytany przez „Superwizjer”, dlaczego pracuje w firmie o takich powiązaniach, odpowiada, że ma „swój kawałek podłogi” i nie do końca wie, jak miałby to zweryfikować. Człowiek, który zawodowo ścigał cyberprzestępców, nie umie zweryfikować własnego pracodawcy. Przy próbie wyciszenia materiału „Superwizjera” — według ustaleń prokuratury z Gliwic i sądu — istotną rolę odegrał Przemysław K., wtedy adwokat giełdy, później jej prezes, a ramię w ramię z nim działał detektyw Marcin S., były agent CBA. Razem mieli przygotowywać alternatywną wersję wydarzeń.
I najmocniejszy fragment. W 2019 roku, gdy reporterzy pracują nad materiałem o giełdzie, kontaktuje się z nimi pośrednik. Na pierwszym spotkaniu pokazuje zrobione z ukrycia zdjęcia reportera i przekazuje wiadomość: odpuść temat; za mniejsze pieniądze można znaleźć kogoś do połamania dziennikarza. Kij — a zaraz potem marchewka: sto tysięcy za rezygnację z materiału, potem stawka rośnie, finalnie milion złotych. Z dokumentów śledztwa wynika, że w całą operację wyciszania zaangażowano środki znacznie większe — ok. czterech milionów w kryptowalutach.
Dziennikarze robią wszystko podręcznikowo: zawiadamiają prokuraturę, z Centralnym Biurem Śledczym planują kontrolowane przyjęcie łapówki, które pozwoliłoby ustalić, czyje to pieniądze. Wszystko dopięte. Dzień przed akcją policjanci przekazują: odwołane, dostali „czerwone światło”. Skąd? Według nieoficjalnych ustaleń dziennikarzy — z kierownictwa Prokuratury Krajowej, którą wówczas nadzorowali Zbigniew Ziobro i Bogdan Święczkowski. (To nie jest wątek partyjny — patrzymy na ręce instytucji, nie na barwy. Fakt jest taki, że gotową pułapkę na ludzi próbujących kupić milczenie dziennikarzy ktoś na szczycie państwa wygasił dzień przed akcją.)
Możesz zrobić wszystko jak należy — mieć odwagę, dowody i policję po swojej stronie — i i tak nie złapać tych złych, bo o tym, czy pułapka w ogóle kliknie, decyduje ktoś zupełnie inny.
A ofiary? Pamiętasz przedsiębiorcę, który stracił czterdzieści milionów? Prokuratura postawiła Romanowi w tej sprawie zarzuty na nieco ponad cztery miliony — kilkadziesiąt razy mniej, niż zniknęło. Śledztwo dotyczy lat 2012–2014 i do dziś nie ma sprawy sądowej; planowany koniec postępowania to czerwiec 2026. A po dwunastu latach od tamtej pożyczki prokuratura znalazła w końcu kogoś, komu można postawić zarzut przywłaszczenia. Zgadnij komu. Okradzionemu.
Co dziś?
Roman Ż. mieszka w Polsce. Prowadzi biznesy — oficjalnie pozapisywane na rodzinę i zaufanych ludzi, jak zawsze. Grzecznie stawia się na rozprawy. Możesz go dziś minąć na ulicy gdzieś na Śląsku: zwykły facet, dobrze ubrany, pewnie uśmiechnięty — wszyscy mówią, że potrafi być czarujący. Możesz mu powiedzieć „dzień dobry”. Nic więcej z tym nie zrobisz.
To nie jest przypadek jednej sprawy. To wzór, który ciągnie się przez trzydzieści lat: lichwa, VAT, giełda — i za każdym razem ten sam finał. Ofiary z zarzutami, a on na wolności, spokojny, o krok przed wszystkimi. Roman Ż. to żywy pomost między mafią, która strzelała, a mafią, która podpisuje umowy.
To był Hajsownik. Patrzę, dokąd płynie pieniądz.
Materiał dodatkowy dla zapisanych na hajsownik.pl. „Cichy wspólnik” to ktoś, kogo nie ma w żadnym rejestrze — ale jego ludzie już tam są. Na podstawie pełnych i aktualnych odpisów z KRS pokazuję, jak czytać rejestry, żeby wychwycić takie powiązania: które dzisiejsze spółki [[np. z branży sportowo-rekreacyjnej — do uzupełnienia zgodnie z odpisami w projekcie]] prowadzą z powrotem do tego samego kręgu. To osobny materiał, dostępny po zapisaniu się do grupy na hajsownik.pl.
FAQ — najczęstsze pytania o sprawę Romana Ż.
Kim jest Roman Ż.? To pochodzący z Bytomia mężczyzna (rocznik 1978), wielokrotnie karany, wywodzący się ze śląskiego półświatka lat 90. Media i prokuratura wiążą go z lichwą, przejmowaniem majątków przedsiębiorców, karuzelami VAT oraz — według ustaleń dziennikarzy — z nieformalną kontrolą nad giełdą BitBay/ZondaCrypto. Zaprzecza stawianym mu zarzutom; obowiązuje domniemanie niewinności.
Czy Roman Ż. był oficjalnie wspólnikiem BitBay? Nie figuruje w rejestrach spółki. Według ustaleń „Superwizjera” TVN jego udziały miały być zapisane na siostrę, a od pierwszego dnia większość udziałów kontrolowali ludzie z nim powiązani — m.in. wiceprezes Marek K. Biznesmen pożyczający giełdzie pieniądze mówił, że w jego odczuciu Roman występował na spotkaniach jako pełnoprawny wspólnik Suszka. To są ustalenia dziennikarskie i zeznania, nie prawomocny wyrok.
Na czym polegał mechanizm lichwy? W skrócie: nawiązanie bliskiej „przyjaźni” z zamożnym przedsiębiorcą, ocena jego majątku, a następnie pożyczka zabezpieczona nieruchomością wartą wielokrotnie więcej niż sama kwota. Przy pierwszym potknięciu dłużnika uruchamiano cesje, aneksy i kolejne pożyczki, w efekcie których majątek przechodził za ułamek wartości. Schemat bywa kwalifikowany jako oszustwo lub wyzysk.
Jaki jest związek Romana Ż. z zaginięciem Sylwestra Suszka? Roman był blisko związany z Suszkiem — nazywał go „moim dzieckiem” i był ojcem chrzestnym jego syna. Z czasem, według późniejszych relacji, Suszek zaczął się go bać. Według jednego ze świadków Roman miał się chwalić, że Suszek „musiał zniknąć”. To relacja świadka, nie ustalenie sądu; sprawą uprowadzenia zajmuje się prokuratura, a zarzut pozbawienia wolności postawiono dotąd innej osobie.
Czy Roman Ż. został skazany w sprawie giełdy? W chwili publikacji toczą się wobec niego postępowania, m.in. w sprawach VAT, i formułowane są zarzuty opisywane przez media. Nie zapadł prawomocny wyrok, a on zaprzecza. Jego nazwisko nie pada w znanym publicznie akcie oskarżenia dotyczącym giełdy. Obowiązuje domniemanie niewinności.
Jak ta historia łączy się z aferą ZondaCrypto i „Mańkiem”? Ten raport jest portretem postaci i prequelem serii o ZondaCrypto (dawniej BitBay). „Maniek” (Marian W.) to właściciel bazy paliwowej, na której ostatni raz widziano Suszka — jego sprawę opisałem w osobnym raporcie. Roman Ż., Marek K. i figury pokroju „Kaczki” spinają oba wątki: świat karuzel VAT i świat giełdy kryptowalut.
Materiał opiera się na archiwach prasy śląskiej z lat 1999–2001, ustaleniach „Superwizjera” TVN (Michał F. i Patryk S., 2020), publikacjach Onetu i „Rzeczpospolitej”, materiale „Zbrodnia Ikara” oraz państwowych rejestrach (KRS 0000373405). Osoby nieskazane prawomocnie występują pod formą imię + inicjał lub pseudonim; wyjątkiem są osoby publiczne oraz pokrzywdzeni, którzy występowali już pod pełnym nazwiskiem. Obowiązuje domniemanie niewinności; ostateczna kwalifikacja prawna należy do sądu.



