Misją Hajsownika jest nie tylko edukacja finansowa w ciekawej formie „financial true crime”, ale również zapobieganie oszustwom finansowym, dlatego po dołączeniu do grupy Hajsownika otrzymasz pdf: „Anatomia oszustwa: 10 sygnałów finansowego przekrętu — i co zrobić, gdy już wpłaciłeś

Zobacz

Anatomia „Mańka" – jak człowiek znikąd zbudował paliwowe imperium i dostał od państwa list żelazny

  • Przedmiot sprawy. Karuzela VAT na paliwach prowadzona w latach 2011–2016 z bazy w Czeladzi przy ul. Wiosennej 29. Sieć powiązanych spółek paliwowych miała wyłudzać podatek VAT metodą znikającego podatnika. Prokuratura Regionalna w Katowicach postawiła zarzuty na łączną kwotę ok. 1,5 miliarda złotych; akt oskarżenia trafił do sądu w styczniu 2026. Wątek pochodny i najbardziej kontrowersyjny: w 2019 roku Sąd Okręgowy w Katowicach wydał głównemu oskarżonemu list żelazny, którego – mimo doniesień o złamaniu jego warunków – do dziś nie odwołano. Sprawa łączy się z późniejszą aferą giełdy ZondaCrypto (dawniej BitBay) i zaginięciem Sylwestra Suszka.

    Główni bohaterowie i powiązane podmioty:

    • Marian W. („Maniek”) — główny oskarżony, pochodzi z Piekar Śląskich. Prezes spółki Delta Oil Plus i twarz sieci firm paliwowych. Według prokuratury osoba kierująca procederem.
    • Roman Ż. — wielokrotnie karany (m.in. za wyłudzenia VAT, fałszowanie banknotów, rozboje, sutenerstwo). W latach 2012–2015 współkierował grupą wyłudzającą VAT na granulatach tworzyw. Postać łącząca świat „Mańka” z otoczeniem giełdy BitBay.
    • Marek K. — wspólnik BitBay, w latach 90. skazany na osiem lat więzienia w sprawie karnej związanej ze śląskim gangiem.
    • Mateusz B. — jeden z pomysłodawców giełdy BitBay, pochodzący z Piekar Śląskich.
    • Sylwester Suszek — „król bitcoinów”, założyciel BitBay/ZondaCrypto, osoba zaginiona. Blisko związany z „Mańkiem”; na terenie bazy w Czeladzi trzymał helikopter i samochody i tam był widziany po raz ostatni.
    • Mecenas Błażej Gazda — obrońca reprezentujący zarówno Mariana W., jak i Romana Ż.
    • Prokuratura Regionalna w Katowicach — prowadzi postępowanie i sformułowała zarzuty; Sąd Okręgowy w Katowicach — wydał list żelazny; Sąd Okręgowy w Sosnowcu — do niego trafił akt oskarżenia.

    Skala:

    • 11 900 fikcyjnych faktur.
    • 1,29 miliarda złotych — wartość fikcyjnych transakcji udokumentowanych fałszywymi fakturami.
    • ponad 1,5 miliarda złotych — kwota, która przepłynęła przez konta zaangażowanych spółek.
    • blisko 300 milionów złotych — strata Skarbu Państwa na samym niezapłaconym VAT, według Prokuratury Regionalnej w Katowicach.
    • Lata działania sieci: 2011–2016.

    Status i poszkodowani:

    • Głównym poszkodowanym jest Skarb Państwa (budżet), a nie klienci indywidualni.
    • Akt oskarżenia trafił do Sądu Okręgowego w Sosnowcu w styczniu 2026; proces przed nami.
    • List żelazny z 2019 roku pozostaje nieodwołany.
    • Marian W. przebywa najprawdopodobniej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
    • Obowiązuje domniemanie niewinności — ostateczna kwalifikacja prawna należy do sądu.

W tym raporcie wyjaśniam po kolei: skąd wziął się „Maniek”, jak działała jego maszyna do wyłudzeń VAT, ile naprawdę kosztuje jedna cysterna paliwa, kto mógł ten proceder zatrzymać i dlaczego tego nie zrobił, jak takie pieniądze znikają w nieruchomościach, luksusie i kryptowalutach — i dlaczego oskarżony o kierowanie mafią paliwową na półtora miliarda dostał od państwa list żelazny. Wszystko w oparciu o akt oskarżenia, komunikaty Prokuratury Regionalnej w Katowicach, ustalenia dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i „Superwizjera” TVN oraz państwowe rejestry. „Maniek” to pseudonim funkcjonujący w mediach i półświatku; w tekście używam formy Marian W. Obowiązuje domniemanie niewinności.

Kim jest „Maniek”?

Cała ta historia zaczyna się od jednego wpisu w rejestrze.

29 października 2010 roku Sąd Rejonowy Katowice-Wschód rejestruje spółkę. Nazwa: Delta Oil Plus. Branża: hurtowa sprzedaż paliw. Kapitał zakładowy — milion złotych. Pięć miesięcy później, 28 marca 2011, na jej czele staje Marian W. Ma wtedy dwadzieścia sześć lat i pochodzi z Piekar Śląskich.

I to właściwie wszystko, co o nim wiadomo. Nie wiemy, czym zajmował się wcześniej. Nie wiemy, gdzie dokładnie mieszkał, do jakiej chodził szkoły, z kim się zadawał. Zanim został prezesem spółki paliwowej z milionem złotych kapitału, „Maniek” jest człowiekiem widmem — nie ma śladu, nie ma drogi, nie ma historii.

I tu pojawia się pierwsze pytanie, które wraca w tej sprawie jak refren: skąd dwudziestosześciolatek znikąd wziął pierwszy milion?

Dla porównania: typowa droga polskiego przedsiębiorcy wygląda inaczej. Z tych samych Piekar Śląskich pochodzi Sylwester Suszek — przyszły „król bitcoinów”. Suszek w liceum sprzedaje sprzęt RTV, potem kosmetyki w Avonie, potem komputery, potem wielkie telebimy — i ta firma pada z milionowym długiem. Próbuje, popełnia błędy, próbuje znowu. Marian W. nie ma takiej drogi. Nie ma żadnej. Po prostu pojawia się w 2010 roku z gotową strukturą, gotowym kapitałem i gotowym planem.

Trzy spółki, jeden plan

Rok później, w grudniu 2011, powstają dwie kolejne firmy: Deltaoils-Plus oraz Poloil — ta druga zmieni potem nazwę na Manoil, a jeszcze później na Deltaoils. Obie w tej samej branży, obie na powiązanych adresach. Ale ich kapitał zakładowy nie wynosi już miliona. Wynosi pięć tysięcy złotych — minimum, jakie dopuszcza prawo.

Po co jednej osobie trzy spółki paliwowe naraz? To nie jest tak, że jedna firma pada i próbuje się od nowa. To nie błąd początkującego przedsiębiorcy. To zaplanowana architektura — a do czego, wyjaśnia się dopiero wtedy, gdy spojrzymy na mechanizm.

Jak działa karuzela VAT

Plan „Mańka” był w gruncie rzeczy prosty: handlować paliwem tak, żeby być o 23 procent tańszym od konkurencji. Te 23 procent to stawka VAT. Karuzela VAT to sposób, żeby tego podatku nie zapłacić — a czasem wręcz wyłudzić jego zwrot. Rozłóżmy to na kroki.

Krok pierwszy. Spółka-krzak, zarejestrowana na słupa, kupuje cysternę oleju napędowego w Niemczech. Słup to twarz dla kogoś, kto nie chce mieć twarzy — człowiek, który formalnie jest właścicielem firmy, ale faktycznie nie robi nic. Podpisuje papiery, których nie czyta. Bywa, że to bezdomny, bywa, że emeryt. W jednym z polskich śledztw paliwowych prezesami spółek zostali członkowie grupy anonimowych alkoholików — ktoś obszedł mityng i za flaszkę załatwił sobie kilku prezesów. Słup ma jedno zadanie: zniknąć, kiedy przyjdzie kontrola. W obrocie między krajami Unii Niemcy nie doliczają polskiego VAT — podatek płaci się dopiero na miejscu, czyli w Polsce.

Krok drugi. Na papierze cysterna przechodzi przez łańcuch polskich firm. Pierwsza sprzedaje drugiej, druga trzeciej, trzecia czwartej. Każda wystawia fakturę z VAT. Wygląda to jak normalny obrót paliwem — poza jednym szczegółem. Pierwsza firma, która sprowadziła paliwo, przy sprzedaży doliczyła 23 procent VAT i powinna ten podatek odprowadzić do urzędu skarbowego. Nie robi tego. A zanim ktokolwiek złapie ją za rękę, spółka się rozpływa — albo okazuje się, że jej prezesem jest bezdomny.

Krok trzeci. Cysterna naprawdę jedzie. Z bazy pod Dreznem prosto do Czeladzi. Paliwo jest prawdziwe, wjeżdża, rozładowuje się. Cały zysk to jest właśnie ten niezapłacony VAT.

Krok czwarty. Co dalej z paliwem? Są dwie drogi. Pierwsza — rozprowadzasz je po stacjach i sprzedajesz legalnie w obrocie krajowym. Tak działał „Maniek”. Druga, śmielsza — sprzedajesz paliwo dalej, na przykład do Czech (wewnątrzwspólnotowo, więc bez VAT), i zgłaszasz się po zwrot VAT, który rzekomo zapłaciłeś przy zakupie. Faktury się zgadzają, więc urząd zwraca ci pieniądze za podatek, który nigdy nie wpłynął.

W szczytowych latach — mniej więcej 2013–2015 — cała luka w VAT, czyli podatek, który powinien wpłynąć, a nie wpłynął, sięgała w Polsce kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie. Na samych paliwach straty szacowano na jakieś osiem–dziesięć miliardów. Paliwa były tylko wycinkiem tej luki — ale wyjątkowo tłustym.

Ile naprawdę kosztuje cysterna

Cała ta gra kręci się wokół jednej liczby. Cysterna to trzydzieści tysięcy litrów oleju napędowego, a w cenie hurtowej z tamtych lat to jakieś sto dwadzieścia tysięcy złotych. Skąd akurat tyle? Warto to rozbić na części, bo to pokazuje, ile z tej kwoty to w ogóle danina dla państwa.

  • Sam towar — olej napędowy według cen giełdowych z tamtych lat — to jakieś 45 tysięcy złotych.
  • Do tego państwo dolicza akcyzę: 1171 złotych od 1000 litrów, czyli około 35 tysięcy na cysternie. To idzie prosto do budżetu.
  • Dalej opłata paliwowa — 288 złotych od 1000 litrów, kolejne 9 tysięcy. Te pieniądze idą w 80 procentach na drogi, w 20 na kolej.
  • Dochodzą koszty samego biznesu: transport z Niemiec, magazyn, ludzie, marża — znów kilka tysięcy.

Zbierz to razem i przed VAT-em masz jakieś 97 tysięcy złotych. A teraz najlepsze: VAT nie jest naliczany od samej ropy. 23 procent dolicza się do całej tej kwoty — razem z akcyzą i opłatą paliwową. Podatek naliczony od podatku. I dopiero to daje 120 tysięcy złotych na cysternie, z czego ponad połowa to danina dla państwa. To właśnie tę połowę „Maniek” zamierzał zatrzymać dla siebie.

A teraz pomnóż jedną cysternę przez tysiące kursów i przez pięć lat. Tak powstaje maszyna, którą prokuratura wycenia na setki milionów.

Skala — liczby z aktu oskarżenia

Akt oskarżenia trafił w styczniu 2026 do Sądu Okręgowego w Sosnowcu. Liczby, które w nim padają:

  • 11 900 fikcyjnych faktur.
  • 1,29 miliarda złotych — wartość fikcyjnych transakcji udokumentowanych fałszywymi fakturami.
  • ponad 1,5 miliarda złotych — tyle przepłynęło przez konta zaangażowanych spółek.
  • blisko 300 milionów — tyle, jak podaje Prokuratura Regionalna w Katowicach, stracił na wyłudzeniach VAT Skarb Państwa.

Warto przy tym zachować proporcje. „Maniek” nie był największym graczem tej ligi. Jedno ze śledztw CBA dotyczyło grupy, która wystawiła faktury na 13 miliardów złotych. Inna sprawa, powiązana z warszawską grupą mokotowską — pięćdziesięciu dwóch oskarżonych i sto trzy miliony niezapłaconego podatku. Kolejna, z Płocka — znów miliard. Marian W. był liczącym się graczem w peletonie, ale nie liderem. Lidera polskiej karuzeli nigdy nie złapano.

Sam mechanizm zresztą nie umarł — z czasem przeniósł się z paliw na granulaty plastiku, elektronikę, stal i surowce wtórne. Jeszcze w 2025 roku policja rozbijała grupy wyłudzające VAT na dziesiątki i setki milionów.

Kto mógł to zatrzymać

To nie jest raport polityczny i ocen partyjnych tu nie ma. Ale jest fakt instytucjonalny, który trzeba postawić na stole: proceder dało się ograniczyć znacznie wcześniej.

Rok 2012. Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych, w liście do ministra finansów Jacka Rostowskiego kreśli gotowy schemat działania karuzel paliwowych. Tłumaczy, jak to działa. Pism do resortu idzie zresztą znacznie więcej. Lata później, już przed sejmową komisją śledczą do spraw VAT, Pupacz ujmie to krótko: o patologiach na rynku paliw wiedzieli wszyscy.

Rok 2012 to moment, w którym „Maniek” dopiero rozkręca interes. Lekarstwo — tak zwany pakiet paliwowy — przyszło dopiero cztery lata później. W tych czterech latach, kiedy karuzela działała najprężniej, ministrami finansów byli Jacek Rostowski, a po nim Mateusz Szczurek; premierami — Donald Tusk, a potem Ewa Kopacz. Każdy z nich mógł zareagować na wystarczającą skalę. Nie zareagował.

Pakiet paliwowy, który ograniczył karuzelę VAT w polskich paliwach o ponad dziewięćdziesiąt procent, wszedł w życie 1 sierpnia 2016. Ministrem finansów był wtedy Paweł Szałamacha, a premierem Beata Szydło.

Patrzymy na ręce, nie na barwy. Fakt jest taki, że przez cztery kluczowe lata państwo — niezależnie od tego, kto rządził — nie zamknęło luki, o której było ostrzegane.

Jak się przeprowadza takie pieniądze

Powiedzmy, że paliwo poszło, a pieniądze się zgadzają. Zostaje jeden problem: kasa jest rozszyta po sieci spółek i słupów. Trzeba ją zebrać tak, żeby nikt nie powiązał tej sieci z jedną osobą. To ostatni etap prania pieniędzy — integracja. Jak się to robi?

Nieruchomości — sposób najstarszy. Każde duże polskie śledztwo paliwowe kończy się tak samo: apartamenty w Warszawie, domy w Konstancinie i Magdalence, mieszkania w Krakowie i Wrocławiu. Spółka-słup kupuje nieruchomość za miliony, przepisuje ją na żonę, dziecko, kuzyna, potem wynajmuje, sprzedaje, kupuje kolejną. Każdy ruch dokłada warstwę papieru między pierwotnym pieniądzem a końcowym właścicielem.

Nieruchomości za granicą — to samo, tylko dalej. Według ustaleń Centralnego Biura Antykorupcyjnego polscy paliwiarze kupowali nieruchomości w Zjednoczonych Emiratach, Hiszpanii, na Cyprze i w Wielkiej Brytanii. „Maniek” konkretnie — jak pisali dziennikarze „Rzeczpospolitej” — ma w Hiszpanii, cytuję, „rozliczne mieszkania”. Są też dowody jego przelewów z Francji.

Luksusowe zabawki — samochody, jachty, helikoptery. Marian W. lata Robinsonem R44, śmigłowcem za jakieś dwa miliony złotych. Formalnie należy do spółki. Faktycznie stoi w prywatnym hangarze w Czeladzi.

Fikcyjne usługi — sposób najsubtelniejszy. Spółka A wystawia spółce B fakturę za konsulting, na przykład na dwa miliony. B płaci. A nigdy żadnego konsultingu nie wykonała, bo nie ma żadnych konsultantów — ale na jej koncie pojawiają się „przychody z działalności”. Czyli legalny dochód, od którego można zapłacić podatek i spokojnie wypłacić sobie pensję prezesa.

I na tej mapie pojawiają się kryptowaluty. „Maniek” był blisko związany z Sylwestrem Suszkiem — nazywali siebie przyjaciółmi. To na terenie bazy w Czeladzi Suszek trzymał swój helikopter i sportowe samochody. I to na terenie tej bazy był widziany po raz ostatni. Cała ta historia — droga od cysterny do giełdy kryptowalut — jest osobno opisana w serii o aferze ZondaCrypto, więc nie będę jej tu powtarzał.

List żelazny — paradoks całej sprawy

Wróćmy do bazy przy Wiosennej 29 i do roku 2016. W sierpniu wchodzi pakiet paliwowy. Karuzela w paliwach zaczyna się dławić, cysterny jeżdżą coraz rzadziej, sprawozdania spółek pokazują ostry spadek obrotów, mniejsze firmy z łańcucha są wykreślane jedna po drugiej.

Śląska policja i prokuratura grzebią w tej sprawie od 2013 roku. Mają faktury — wszystkie 11 900. Mają wyciągi z kont, zeznania słupów, którzy zaczęli sypać, podsłuchy. Mają też wspólny zespół śledczy z Niemcami i Czechami działający przy europejskiej agencji Eurojust w Hadze. Rola „Mańka” — jako tego, kto kieruje — jest w tych aktach opisana. Wystarczy przyjechać na Wiosenną 29 i go zatrzymać. Reszta to formalność: akt oskarżenia, sąd, wyrok do piętnastu lat.

Służby depczą mu po piętach. „Maniek” decyduje się opuścić kraj. Wyjeżdża cicho: Hiszpania, Francja, Dubaj, izraelska Cezarea nad Morzem Śródziemnym. Po jakimś czasie wraca. Prokuratura ma go na talerzu — i wtedy dzieje się rzecz, której nikt się nie spodziewał.

W 2019 roku Sąd Okręgowy w Katowicach wydaje mu list żelazny.

Czym jest list żelazny? To instytucja z kodeksu postępowania karnego. Po ludzku: oskarżony, który przebywa za granicą i którego trudno sprowadzić, przyjeżdża do Polski i mówi sądowi — będę się stawiał, będę odpowiadał, ale dajcie mi gwarancję, że nie trafię do aresztu. Sąd taką gwarancję wydaje. Od tej pory oskarżony jest, w praktyce, nietykalny — może chodzić na wolności, prowadzić firmę, latać helikopterem — pod jednym warunkiem: że nie ucieknie i będzie się stawiał.

To instytucja na wyjątkowe sytuacje. W skali całego kraju wydaje się takich listów pojedyncze sztuki rocznie. Dostają je świadkowie koronni, których państwo nie chce stracić, albo ludzie z lekkimi zarzutami, gdzie areszt byłby przesadą. „Maniek” nie należał do żadnej z tych kategorii. Nie został świadkiem koronnym — nie wsypał nikogo, nie pomógł rozbić żadnej grupy. Po prostu dostał glejt.

I tu robi się naprawdę ciekawie. List żelazny ma warunki, a najważniejszy z nich brzmi: nie wolno ci bez zgody sądu opuszczać kraju. Marian W. złamał go — według polskich służb — niemal od razu. Przelewy z Francji, pobyty w Dubaju, mieszkania w Hiszpanii, wizyty w Cezarei, loty helikopterem. „Rzeczpospolita” pisze wprost, że służby mają dowody na jego wyjazdy z kraju.

Co powinno się w takiej sytuacji stać? Prawo nie pozostawia wyboru: jeśli oskarżony łamie warunki listu żelaznego, sąd ma obowiązek — nie możliwość, obowiązek — ten list odwołać. Sąd Okręgowy w Katowicach listu żelaznego nie odwołał. Do dziś.

Jest jeszcze jeden zgrzyt. Prokuratura Regionalna w Katowicach na pytania dziennikarzy odpowiada oficjalnie, że nie wyrażała zgody na wyjazd Mariana W. z kraju. Czyli z jednej strony wyjazdów nie zatwierdzono — z drugiej list dalej obowiązuje. Dwie rzeczy, które nie mogą być prawdziwe naraz, a są.

Słup w słupie — hipoteza

Wracamy do pytania z początku: skąd dwudziestosześciolatek znikąd wziął pierwszy milion i skąd znał plan. Tu wchodzimy już na teren hipotezy — i chcę to wyraźnie oznaczyć: to, co następuje, jest przypuszczeniem opartym na poszlakach, nie ustaleniem sądu.

Postawię hipotezę: „Maniek” sam był słupem. Nie zwykłym — słupem wysokiej rangi. Bo zwykle nie jest tak, że człowiek bez doświadczenia biznesowego wchodzi znikąd z milionem złotych i w ciągu jednego roku uruchamia trzy spółki, które od razu działają w zgranym mechanizmie. Takie rzeczy się nie dzieją — chyba że za kimś stoi ktoś większy. Ktoś, dla kogo jesteś tylko twarzą. Ktoś, kto wykłada pieniądze i mówi, co masz robić.

Kto mógłby być taką postacią? Poszlaki prowadzą w stronę Romana Ż. Wielokrotnie karany — za wyłudzenia VAT, produkcję fałszywych banknotów, rozboje, sutenerstwo. Prawnik Suszka opisał go w „Rzeczpospolitej” jako człowieka o psychopatycznej osobowości, niezwykle bezwzględnego, który zastraszał swoich ludzi i robił z nich słupy: sekretarki mianował członkami zarządu, ale nie dawał im pieniędzy na podatek, więc odpowiadały głową i własnym majątkiem, a on zostawał czysty.

W latach 2012–2015 Roman Ż. współkierował grupą wyłudzającą VAT na granulatach i koncentratach tworzyw. Inna branża niż paliwa, ale ta sama architektura: słupy, fikcyjne faktury, łańcuch firm, zwroty z urzędu. „Maniek” robi paliwa mniej więcej w latach 2011–2016. Roman Ż. robi granulaty w latach 2012–2015. Ten sam czas, ten sam region, ten sam typ maszyny.

A teraz spójrz na giełdę Suszka. Roman Ż. jest przy niej od pierwszego dnia. Jednym ze wspólników BitBay zostaje Marek K. z Gliwic — w latach 90. skazany na osiem lat więzienia w sprawie związanej ze śląskim gangiem, w którym, żeby zwabić ofiarę, przebrano się za policjantów. Dwadzieścia lat później — wiceprezes giełdy kryptowalut. Do tego siostra Mateusza B., jednego z pomysłodawców BitBay, jest lub była związana z Romanem Ż. Czyli dwie osoby z otoczenia założycieli giełdy mają bezpośrednie połączenie z wielokrotnie karanym gangsterem.

I jeszcze jeden szczegół: Mariana W. i Romana Ż. broni ten sam adwokat — mecenas Błażej Gazda z Wrocławia. Jeden obrońca dla dwóch ludzi, którzy formalnie prowadzą osobne biznesy w osobnych branżach.

Jak mocno Roman Ż. był wpleciony w giełdę? Według ustaleń „Superwizjera” TVN z 2020 roku jego udziały miały być zapisane na siostrę, tak by nazwisko nigdzie nie świeciło, ale to on decydował wewnątrz firmy. Biznesmen Mariusz Patrowicz, który pożyczał BitBayowi pieniądze, powiedział później w wywiadzie: „Kiedy prowadziliśmy rozmowy o pożyczce, na spotkaniach zawsze byli Suszek i Roman. W moim odczuciu Roman występował jako pełnoprawny wspólnik Sylwka. Decydent na równi z Suszkiem”.

To wszystko są poszlaki, nie dowód. Ale układają się w wzór, którego trudno nie zauważyć.

Baza przy Wiosennej 29

Co stało się z bazą, tym centrum dowodzenia z helikopterami i flotą droższą niż cała ulica?

W styczniu 2018 roku sąd stwierdza coś, co brzmi jak żart: nie ma z czego przeprowadzić jej upadłości. Nie ma nawet na własny pogrzeb.

Prawo mówi w takich sytuacjach jasno: sądowi nie wolno ot tak oddalić wniosku o upadłość, jeśli ktoś wykaże — choćby uprawdopodobni — że majątek wyprowadzono i że da się go odzyskać. Wtedy sprawy się nie umarza. Wtedy się ją ciągnie. Szuka. Sąd nie poszedł dalej. Oddalił.

To znaczy jedno z dwojga. Albo naprawdę nie było już nic. Albo nikt nie położył na stole dowodu, że coś stąd zniknęło. Hangar, śmigłowce, Porsche, Ferrari — na papierze wszystko rozpłynęło się w powietrzu.

Gdzie jest dziś Marian W.

Marian W. przebywa najprawdopodobniej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. List żelazny — dalej go chroni. Nikt go nie odwołał. Akt oskarżenia czeka w Sądzie Okręgowym w Sosnowcu. Obrona, reprezentowana przez mecenasa Błażeja Gazdę, będzie miała okazję przedstawić swoje stanowisko na sali sądowej; do czasu prawomocnego wyroku obowiązuje domniemanie niewinności.

Zostaje pytanie, od którego zaczęliśmy i na które państwo — mimo lat śledztwa, tysięcy faktur i wspólnego zespołu z zagranicą — nie odpowiedziało: jak człowiek oskarżony o kierowanie karuzelą na półtora miliarda złotych może być wciąż chroniony glejtem, którego warunki, według służb, złamał od razu.

Materiał dodatkowy dla zapisanych na hajsownik.pl. Marian W. nie był pierwszym prezesem Delta Oil Plus — spółkę założył kilka miesięcy wcześniej ktoś inny. Kim był ten człowiek i jaki miał portfel spółek, ustaliłem na podstawie pełnych odpisów z rejestru. To osobny materiał, dostępny po zapisaniu się do grupy na hajsownik.pl.

To był Hajsownik. Patrzę dokąd płynie pieniądz.


FAQ — najczęstsze pytania o sprawę „Mańka”

Kim jest „Maniek”? To pseudonim głównego oskarżonego w śląskiej sprawie karuzeli VAT na paliwach — Mariana W., pochodzącego z Piekar Śląskich. Był prezesem spółki Delta Oil Plus i twarzą sieci powiązanych firm paliwowych działających z bazy w Czeladzi. Prokuratura wskazuje go jako osobę kierującą procederem. Obowiązuje domniemanie niewinności.

Co to jest karuzela VAT? To mechanizm wyłudzania podatku VAT. W uproszczeniu: paliwo sprowadzane z zagranicy przechodzi na papierze przez łańcuch krajowych spółek, z których jedna — zarejestrowana na słupa — pobiera VAT od klientów, ale nie odprowadza go do urzędu skarbowego i znika, zanim kontrola zdąży zareagować. Niezapłacony podatek staje się zyskiem grupy. W wariancie z eksportem grupa dodatkowo wyłudza zwrot VAT, który nigdy nie wpłynął.

Co zarzuca się Marianowi W.? Prokuratura Regionalna w Katowicach postawiła zarzuty związane z wyłudzeniami VAT na paliwach w latach 2011–2016. W grę wchodzi 11 900 fikcyjnych faktur, 1,29 miliarda złotych wartości fikcyjnych transakcji, ponad 1,5 miliarda złotych przepływów przez konta spółek i blisko 300 milionów złotych strat Skarbu Państwa. Akt oskarżenia trafił w styczniu 2026 do Sądu Okręgowego w Sosnowcu.

Co to jest list żelazny i dlaczego w tej sprawie budzi kontrowersje? List żelazny to gwarancja z kodeksu postępowania karnego, że oskarżony odpowiadający z wolności nie trafi do aresztu, dopóki stawia się na wezwania i nie ucieka. Wydaje się go rzadko, zwykle świadkom koronnym lub w sprawach o lekkim ciężarze. W 2019 roku Sąd Okręgowy w Katowicach wydał taki list Marianowi W. Kontrowersja polega na tym, że według polskich służb oskarżony złamał jego podstawowy warunek — zakaz opuszczania kraju — a mimo to list nie został odwołany, choć prawo w takiej sytuacji nakazuje jego uchylenie.

Jaki jest związek tej sprawy z aferą ZondaCrypto? Ten raport jest prequelem serii o ZondaCrypto (dawniej BitBay). „Maniek” był blisko związany z Sylwestrem Suszkiem, założycielem giełdy; na terenie jego bazy w Czeladzi Suszek trzymał helikopter i samochody i tam był widziany po raz ostatni. Postacie z otoczenia „Mańka”, m.in. Roman Ż. i Marek K., pojawiają się także w historii giełdy.

Czy „Maniek” został skazany? Nie. Sprawa jest w toku — akt oskarżenia trafił do sądu, procesu jeszcze nie było. Obowiązuje domniemanie niewinności, a ostateczna kwalifikacja prawna należy do sądu.

Gdzie „Maniek” jest teraz? Marian W. przebywa najprawdopodobniej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Chroni go wciąż nieodwołany list żelazny z 2019 roku.


Materiał opiera się na akcie oskarżenia, komunikatach Prokuratury Regionalnej w Katowicach, ustaleniach dziennikarzy „Rzeczpospolitej” i „Superwizjera” TVN oraz państwowych rejestrach. Osoby nieskazane prawomocnie występują pod formą imię + inicjał. Obowiązuje domniemanie niewinności; ostateczna kwalifikacja prawna należy do sądu.

Posłuchaj

Podcasty dostępne na platformach:

Youtube

Pełne odcinki i shorty

Spotify

Słuchaj w drodze

Apple Podcast

Subskrybuj na iPhonie

Przewijanie do góry