Misją Hajsownika jest nie tylko edukacja finansowa w ciekawej formie „financial true crime”, ale również zapobieganie oszustwom finansowym, dlatego po dołączeniu do grupy Hajsownika otrzymasz pdf: „Anatomia oszustwa: 10 sygnałów finansowego przekrętu — i co zrobić, gdy już wpłaciłeś

Zobacz

Ekonomia wojny. Putin, Netanjahu, Trump i waluta, której nie widać w żadnym arkuszu

  • Przedmiot sprawy: Wojna jako najlepiej skalujący się model biznesowy w historii — rozłożona na trzy poziomy kalkulacji. Pierwszy da się policzyć (akcje zbrojeniówki, ceny ropy). Drugi już nie (Rosja na wojnie ekonomicznie traci, oligarchowie stracili). Trzeci jest kluczowy i niepoliczalny: wojna to mechanizm zamiany urzędu w trwały mandat, a jego ostateczną walutą jest nasza uwaga. To nie tekst o jednej wojnie — to rozbiór wzoru, który powtarza się co kilka lat w innym kraju.
  • Główni bohaterowie:
    • Władimir Putin — produkt służb, dziecko Drezna, świadek upadku ZSRR. Postać, na której wszystko „się tłumaczy” — i która przez to fałszywie uspokaja.
    • Beniamin Netanjahu — absolwent MIT, były pracownik Boston Consulting Group, produkt zachodniej demokracji. Gra dokładnie tę samą grę, choć nie ma żadnego z „rosyjskich” alibi.
    • Donald Trump — aspirant bez realnej wojny, grający tym samym wzorem innym arsenałem: cła, „deep state”, procesy jako front.
    • Adolf Hitler i Xi Jinping — dwa punkty odniesienia pokazujące, że wzór jest starszy i szerszy niż którakolwiek z tych postaci.
  • Trzy poziomy kalkulacji (kluczowe liczby):
    • ~90 € → 250 € → wycena czterocyfrowa — akcje Rheinmetalla od poranka inwazji (24.02.2022) do 2025 roku. Ten sam ruch: BAE Systems, Lockheed Martin, cała notowana zbrojeniówka.
    • Brent powyżej 130 $ za baryłkę w pierwszych dniach inwazji; rosyjskie przychody z ropy i gazu w 2022 r. o ~28% wyższe niż rok wcześniej.
    • 60 mld $ → 102 mld $ (4,5% PKB) → 150 mld $ (7% PKB) → ~10% PKB — rosyjski budżet wojskowy od stanu sprzed wojny do szacunków na 2025 r. (za niemieckim wywiadem) — połowa całego budżetu państwa.
    • 400 mln $ dziennie — koszt samej inwazji według wyliczeń Forbes Ukraine. Do tego 300 mld $ zamrożonych rezerw i ~pół miliona wykształconych ludzi, którzy wyjechali po mobilizacji.
  • Wniosek, który wywraca stolik: Rosja jako całość na tej wojnie traci. Ekonomicznie i militarnie. A jednak wojna trwa — bo rozlicza się w innej walucie niż dolar.

Wojna to najlepiej skalujący się model biznesowy w historii ludzkości. Lepszy niż banki, lepszy niż ropa, lepszy niż internet. W tym raporcie rozkładam to zdanie na części — bo brzmi jak prowokacja, a jest kalkulacją. Zacznę od pieniędzy, które widać, przejdę przez moment, w którym rachunek przestaje się spinać, i skończę na poziomie, na którym nie ma już żadnego Excela — tylko my i to, gdzie codziennie kierujemy swoją uwagę.

Siadajcie. Robi się ciemno.

Pierwszy poziom — pieniądze, które widać

24 lutego 2022, wczesny ranek polskiego czasu. Rosyjska armia przekracza granicę z Ukrainą. Tego samego dnia o dziewiątej otwiera się giełda we Frankfurcie. Akcje Rheinmetalla — niemieckiego producenta amunicji i sprzętu pancernego — kosztują w okolicach dziewięćdziesięciu euro. Półtora roku później: dwieście pięćdziesiąt. Trzy lata później: wyceny czterocyfrowe. Inwestor, który zamiast się przerazić, kliknął „kup”, zarobił życiowe pieniądze.

To samo BAE Systems w Wielkiej Brytanii. To samo Lockheed Martin w Stanach. To samo cała stajnia notowanej zbrojeniówki w Europie i w Azji. Każda eksplozja pod Bachmutem była zyskiem wpisanym w czyjś arkusz. Każdy Iskander spadający na Kijów miał brata bliźniaka — pocisk, który zaraz trzeba było wyprodukować w amerykańskiej hali, żeby Ukraina miała się czym bronić.

Do tego ropa. W pierwszych dniach inwazji baryłka Brent skacze powyżej stu trzydziestu dolarów. Rosja zarabia na tym fortunę mimo sankcji, bo cena rośnie szybciej, niż maleje wolumen. Kto kupuje rosyjski surowiec przez Indie, odsprzedaje go potem do Europy z premią. Gaz ze Stanów płynie do europejskich portów z marżą, o jakiej amerykański sektor energetyczny wcześniej mógł tylko marzyć.

To jest pierwszy poziom kalkulacji. Czysty. Policzalny. Można go znaleźć w raportach kwartalnych, w cenach akcji, w bilansach handlowych państw. Ktoś produkuje, ktoś kupuje, ktoś umiera, kapitał płynie.

Ale uwaga.

Policzmy to konkretnie — i rachunek przestaje się spinać

Skoro widzimy pieniądze, policzmy je naprawdę, do końca.

Rosja w 2022 roku zarobiła na ropie i gazie o jakieś dwadzieścia osiem procent więcej niż rok wcześniej. Cena baryłki skoczyła, wolumen się utrzymał, Indie i Chiny kupowały z dyskontem i odsprzedawały z premią. Na papierze — czyste złoto.

Teraz druga strona rachunku. Przed wojną rosyjski budżet wojskowy wynosił jakieś sześćdziesiąt miliardów dolarów rocznie. W 2022 — sto dwa miliardy, 4,5 procent PKB. W 2024 — sto pięćdziesiąt miliardów, 7 procent PKB. W 2025, według szacunków niemieckiego wywiadu — dziesięć procent PKB i połowa całego budżetu państwa. Forbes Ukraine wyliczył koszt samej inwazji na czterysta milionów dolarów dziennie. Do tego trzysta miliardów zamrożonych rezerw walutowych. Do tego pół miliona wykształconych ludzi, którzy wyjechali po ogłoszeniu mobilizacji i nie wrócili.

Kalkulacja jest jednoznaczna. Rosja na tej wojnie traci. Ekonomicznie — traci.

Może więc pytanie jest źle postawione. Może nie chodzi o Rosję jako całość — może o konkretnych ludzi, którzy na tym zarabiają.

Może to oligarchowie?

Sprawdźmy. Ktoś zarobił na kontraktach zbrojeniowych. Ktoś zarobił na wzroście cen ropy. Czy to ci ludzie pchnęli Putina do decyzji?

Problem w tym, że większość rosyjskich oligarchów na wojnie nie zarobiła — straciła. Jachty skonfiskowane. Aktywa zamrożone. Dostęp do zachodnich rynków ucięty. A zbrojeniówka w Rosji to w większości sektor państwowy — nie prywatni gracze z własną agendą, tylko narzędzie Kremla.

Oligarchowie mają wpływ na decyzje podatkowe, regulacyjne, kontraktowe. Ale żaden z nich nie zdecydował, że armia przekroczy granicę. Bo decyzje o wojnach nie zapadają w gabinetach biznesowych. Zapadają tam, gdzie jest wojsko.

Co naprawdę zmienia wojna

Zapomnijmy na chwilę o ekonomii i zapytajmy inaczej: co zmienia się w mechanice władzy, gdy wybucha konflikt?

Decyzje, które normalnie przechodzą przez miesiące procedur, idą w godzinach. Pieniądze, które normalnie wymagają przetargów i audytów, płyną bezpośrednio. Opozycja staje się zagrożeniem dla bezpieczeństwa. Media szkodzą morale armii. Cały system przestawia się na jeden tryb: centralizacja.

I na szczycie tej piramidy stoi zawsze ten sam człowiek — lider polityczny, który jest jednocześnie najwyższym zwierzchnikiem sił zbrojnych. W każdej republice prezydenckiej tak właśnie skonstruowane jest prawo.

Zamach stanu to prehistoria. W demokracji nie musisz przejmować armii — jesteś jej zwierzchnikiem z urzędu. Wystarczy odpowiedni kryzys, żeby to, co było zapisane w konstytucji jako formalność, stało się realną siłą sprawczą. Decyzje szybciej. Pieniądze bezpośrednio. Pytania wyciszone. Nie trzeba być generałem, żeby na tym skorzystać. Trzeba być prezydentem.

Putin — to się tłumaczy (i właśnie dlatego uspokaja)

Putin to nie jest człowiek, który pewnego ranka wstał i wymyślił, że pójdzie wojować. To człowiek, który robi dokładnie to, czego go nauczono, w środowisku, w którym dorastał.

1985 rok, Drezno, NRD. Oficer KGB Władimir Władimirowicz Putin werbuje agentów, analizuje, śledzi. Listopad 1989 — mur się wali. Tłum gromadzi się najpierw przed siedzibami wschodnioniemieckich służb, potem przed jego rezydenturą KGB. Putin dzwoni po ochronę do dowództwa wojsk radzieckich. Odpowiedź: nie ma rozkazów z Moskwy, a bez rozkazów nikt nic nie zrobi. Facet w średnim wieku pali w piecu akta, podczas gdy państwo, dla którego pracował, nie odbiera telefonu. Tej sceny nie zapomniał — wracał do niej w wywiadach latami. Upadek ZSRR był dla niego nie wydarzeniem historycznym, tylko osobistym upokorzeniem. I lekcją: jak państwo jest słabe, nikt cię nie obroni.

1999 rok. Putin obejmuje urząd premiera. We wrześniu w Moskwie, Bujnaksku i Wołgodońsku wybuchają bloki mieszkalne. Ginie blisko trzysta osób. Władze obwiniają czeczeńskich terrorystów, druga wojna czeczeńska startuje natychmiast, a nieznany dotąd Putin w cztery miesiące staje się symbolem twardej ręki. W styczniu 2000 zostaje prezydentem. Pierwsza lekcja, którą będzie stosował do końca: wróg na zewnątrz to mandat w środku.

2008, Gruzja. Pięć dni wojny, oderwane Osetia Południowa i Abchazja. Zachód protestuje słabo i krótko. Putin zapamiętuje: można. 2014, Krym. Zielone ludziki, referendum bez świadków, aneksja, sankcje — a poparcie w kraju rośnie powyżej osiemdziesięciu procent, najwyżej od początku jego prezydentury. Druga lekcja: można nie tylko wziąć teren, można na tym jeszcze zyskać.

2022, Ukraina. Zakłada, że pójdzie jak Krym, w trzy dni. Nie idzie. Ale wracamy do kalkulacji: nie idzie ekonomicznie, nie idzie militarnie — idzie politycznie. Trzeci rok wojny, a Putin nadal siedzi w fotelu. Nawalny zmarł w kolonii karnej. Prigożyn zginął w samolocie. Krytycy są w więzieniach albo w Wilnie. Telewizja mówi to, co ma mówić.

Wszystko to układa się w spójną historię. Putin wyrasta w służbach, ma traumę upadku ZSRR, awansuje na czeczeńskich trumnach, testuje granice, dochodzi do wniosku, że wojna mu się opłaca w walucie, którą rozlicza. To rosyjski problem. To postsowiecka mentalność. Można ją wpisać do podręcznika, narysować strzałki, powiedzieć „rozumiem”. I gdyby zabrać Putina, za chwilę pojawiłby się ktoś równie zły.

To jest właśnie pułapka. Bo ta historia jest tak wygodna, że gotowi jesteśmy zamknąć na niej sprawę.

Drugi zwrot — alibi pęka

Rosyjska mentalność, funkcja byłego kagiebisty, dziecko Drezna, świadek upadku imperium. Mówi się, że Rosja to nie kraj, tylko stan umysłu. To teraz wytłumaczcie mi Beniamina Netanjahu.

Netanjahu nie był w KGB. Nie służył w Armii Czerwonej. Nie palił akt w osiemdziesiątym dziewiątym. Studiował w Massachusetts Institute of Technology, mieszkał w Stanach, pracował w Boston Consulting Group. To produkt zachodniej demokracji, zachodniej edukacji, zachodniej kariery.

I gra dokładnie tę samą grę.

Listopad 2019 — izraelska prokuratura stawia mu trzy zarzuty: korupcja, oszustwo, nadużycie zaufania. Sprawa idzie do sądu, świadkowie zeznają, Netanjahu w międzyczasie tworzy i traci koalicje, walczy o przetrwanie. 7 października 2023 Hamas atakuje Izrael — ginie tysiąc dwieście osób, dwieście pięćdziesiąt trafia do niewoli. Następnego dnia krajobraz polityczny się wywraca. Sprawy przeciwko premierowi formalnie się toczą, ale praktycznie zwalniają. Każdy dzień wojny w Gazie to dzień, w którym izraelski premier w ławie oskarżonych staje się politycznie nie do pomyślenia. Każdy miesiąc operacji to miesiąc, w którym koalicja z radykalną prawicą — Smotrich, Ben Gwir — trzyma się, bo wojna jest kontekstem, w którym oni są niezbędni.

Wojna z Hamasem, potem z Hezbollahem, potem operacja w Iranie. Każdy front przedłuża mandat. Każda eskalacja jest powodem, dla którego „teraz nie czas na zmiany”. A kiedy w Tel Awiwie ludzie wychodzą na ulice po powrót zakładników i dymisję rządu, odpowiedź jest zawsze ta sama: bezpieczeństwo państwa wymaga ciągłości władzy.

To dokładnie ta sama reguła gry co u Putina. Inny język, inna ideologia, inna religia, inny kontynent. Ten sam wzór: wojna rozumiana nie jako problem do rozwiązania, tylko jako stan do utrzymania — bo w tym stanie pewnych pytań się nie zadaje.

Trump — aspirant

Donald Trump nie jest Putinem. Nie jest Netanjahu. Nie ma realnej wojny do podsycania, nie ma armii, którą rzucałby na sąsiada. Ale gra w tę samą grę, z tych samych powodów, tylko innym arsenałem.

Wewnątrz partii republikańskiej przez ostatnie lata systematycznie eliminuje każdego, kto mógłby mu zagrozić. Liz Cheney, Mitt Romney, Adam Kinzinger — wybici politycznie, jeden po drugim. Konwencja partyjna, która jeszcze niedawno była miejscem ścierania frakcji, dziś jest zbiorowym oklaskiem dla jednego człowieka. To dokładnie ten ruch, o którym mówi historia: najpierw legalnie tyle, ile się da — w prawyborach, na konwencjach, w Sądzie Najwyższym.

I równolegle — wróg zewnętrzny. Migranci. „Deep state”. Chiny. Sędziowie federalni. Prokuratorzy stanowi. Każdy tydzień ma swojego wroga, każdy poranek nowy front. To nie jest wojna z ofiarami w postaci zburzonych miast, ale permanentny stan oblężenia, w którym pytanie „czy nasz lider rządzi dobrze” zostaje zastąpione pytaniem „czy nasz lider walczy dość ostro”. A na to drugie zawsze można odpowiedzieć: tak.

Cła? Wojna handlowa. Dezinformacja? Wojna informacyjna. Procesy karne, które mu wytaczano? Wojna „deep state” z patriotą. Każda sytuacja wpisana w ramę walki, w której on jest ostatnim szańcem. To nie znaczy, że jutro stanie się Putinem. To znaczy, że reguły gry są te same — a te reguły najpierw ktoś po cichu wprowadza i dopiero gdy wszyscy grają według nich bez pytania, rozumiesz, że gra już się zmieniła.

Czy istnieje wzór?

Istnieje. I jest starszy niż wszyscy powyżej.

Hitler. 1933, wybory. NSDAP zdobywa czterdzieści trzy procent głosów — nie większość. Hitler zostaje kanclerzem legalnie, bo Hindenburg go mianuje. Miesiąc później płonie Reichstag, a parlament pod nadzorem oddziałów szturmowych przyjmuje ustawę o pełnomocnictwach. Dalej legalność jest już drugorzędna: noc długich noży, eliminacja rywali we własnym ruchu, produkcja kolejnych wrogów. Wzór: legalnie tyle, ile trzeba, potem każda metoda dozwolona. Rywale wybici. Mandat z niekończącego się stanu zagrożenia.

Xi Jinping. 2012 obejmuje władzę. 2013 startuje „kampania antykorupcyjna” — w kilka lat zdyscyplinowanych ponad półtora miliona urzędników i oficerów. Z zewnątrz: walka z korupcją. Z wewnątrz: czystka konkurencji i frakcji. 2018 znosi limit kadencji, otwierając sobie drogę do dożywotniej władzy. Wróg zewnętrzny: Tajwan, Stany, „obce siły”. Wzór ten sam.

I tu wracamy do początku. Nie chodzi o to, że Putin jest zły, że Hitler był zły, że Netanjahu jest cyniczny, a Trump to demagog. Władza ma własną grawitację. Jeśli nic jej nie trzyma, zawsze osuwa się w tym samym kierunku — ku sytuacji, w której nikt nie śmie zapytać „dlaczego?”. A najszybszy sposób, żeby tam dotrzeć, jest prosty: sprawić, by pytanie „dlaczego?” brzmiało jak zdrada.

Ostatni poziom — tu już niczego nie da się przeliczyć

Zaczęliśmy od akcji Rheinmetalla i od ceny ropy. To rzeczy, które można wpisać w Excel, podsumować, porównać kwartał do kwartału. Ale jak przeliczyć jeden rok prezydentury na dolary? Ile jest warte to, że Prigożyn nie żyje, dla pozostałych rosyjskich generałów? Ile jest warte to, że Nawalnego nie ma, dla samopoczucia Kremla? Ile jest warte to, że proces Netanjahu się ślimaczy, dla jego następnych dziesięciu lat w polityce? Tego nie da się przeliczyć. A jednak są to inwestycje, na które idą setki miliardów dolarów i dziesiątki tysięcy ludzkich istnień.

Ostateczną walutą tej kalkulacji jest nasza uwaga. Wasza, moja, naszych rodzin, naszych sąsiadów. Każdego, kto żyje w kraju, w którym jakikolwiek polityk próbuje przekonwertować swoje stanowisko na trwały mandat.

Bo zobaczcie. Kompetentny premier, który przez cztery lata reformuje ochronę zdrowia, edukację i administrację o trzy procent rocznie, jest medialnie martwy. Nikt o nim nie mówi, nikt go nie cytuje, nie ma o nim memów ani emocji. Jego praca leży w arkuszach Eurostatu i w raportach OECD, na które nikt nie patrzy. Lider, który wypowiada wojnę, który grzmi z mównicy, który ostrzega przed wrogiem, jest na każdej okładce. Codziennie. Wieczorne wiadomości otwierają się jego twarzą, nasze rozmowy przy stole zaczynają się od niego, nasze emocje przed snem są jego własnością. Jego obecność w naszej głowie nie kosztuje nas ani złotówki — a to my mu ją oddajemy, codziennie, dobrowolnie, bez świadomości, że oddajemy.

I tu jest cała nieuczciwość tej gry. Pokój nie konkuruje z wojną o uwagę, bo nie może. Dobre rządzenie jest z definicji niedramatyczne: polega na tym, że rzeczy się nie zawalają, że nikt nie krzyczy. Sukces dobrego rządzenia to brak wiadomości. A brak wiadomości to brak bytu we współczesnym świecie informacyjnym. Wojna ma po prostu przewagę produktową: jest ostrzejsza, bardziej angażująca, generuje codzienne shoty dopaminy — nasi posunęli się o trzy kilometry, ich generał zginął, lider przemówił surowo. Pokój generuje tylko jedno: ciszę. A cisza w mediach to śmierć kliniczna.

Dlatego ten model biznesowy się skaluje. Nie dlatego, że Putin jest wyjątkowo zły, Netanjahu wyjątkowo cyniczny, a Trump wyjątkowo populistyczny. Tylko dlatego, że produkt, który oferują, jest po prostu lepszy w łapaniu uwagi niż jakakolwiek alternatywa. A uwaga jest ostatecznie jedynym surowcem, z którego rośnie demokracja albo dyktatura — w zależności od tego, gdzie się ją skieruje.

Puenta

Pytanie, na które trzeba sobie codziennie odpowiadać, nie brzmi: „jak powstrzymać Putina”. Nie brzmi: „jak nie wybrać Trumpa”. Nie brzmi: „co zrobić z Netanjahu”. To są pytania o konkretnych ludzi, którzy są wymienni. Putina zastąpi inny Putin. Trumpa zastąpi inny Trump.

Pytanie brzmi: gdzie idzie moja uwaga przez następne dwadzieścia cztery godziny. Czy wyciekła znów do wroga, którego pokazano mi w wieczornym pasku newsów — czy została na nudnej, mozolnej robocie sprawdzania, czy ludzie, którzy mnie w jakimkolwiek sensie reprezentują, robią cokolwiek wartego mojego życia. Bo dopóki uwaga jest najtańszym surowcem, dopóty ta gra będzie się skalować. I dopóty będziemy się dziwić, że co cztery lata, w innym kraju, ten sam człowiek z innym imieniem mówi tym samym głosem, że jest wojna i że trzeba go znowu wybrać.

To była ekonomia wojny — widziana z poziomu, na którym pieniędzy już nie widać.


FAQ — najczęstsze pytania o ekonomię wojny

Czy na wojnie w Ukrainie ktoś naprawdę zarabia? Tak, ale na pierwszym, widocznym poziomie: notowani producenci broni (Rheinmetall, BAE Systems, Lockheed Martin) i część rynku surowcowego, gdy ceny ropy i gazu skaczą. To zysk policzalny, wpisany w raporty kwartalne i ceny akcji.

Skoro tak, to dlaczego mówicie, że Rosja traci? Bo drugi bok rachunku jest większy niż przychody z surowców. Budżet wojskowy urósł z ~60 mld $ przed wojną do szacowanych ~10% PKB w 2025 r. (połowa budżetu państwa), koszt samej inwazji Forbes Ukraine liczy na 400 mln $ dziennie, do tego ~300 mld $ zamrożonych rezerw i pół miliona wykształconych ludzi, którzy wyjechali. Jako całość Rosja na tej wojnie ekonomicznie traci.

To kto na tym korzysta, jeśli nie państwo i nie oligarchowie? Konkretny człowiek na szczycie — lider, który jest jednocześnie zwierzchnikiem sił zbrojnych. Wojna centralizuje władzę: decyzje idą szybciej, pieniądze płyną bezpośrednio, opozycja i media zostają wyciszone. Zysk nie jest liczony w dolarach, tylko w utrzymaniu i przedłużeniu mandatu.

Dlaczego w odcinku obok Putina pojawiają się Netanjahu i Trump? Żeby pokazać, że to nie jest „rosyjski problem” ani kwestia postsowieckiej mentalności. Netanjahu — absolwent MIT, produkt zachodniej demokracji — gra tę samą grę bez żadnego z „rosyjskich” alibi. Trump gra nią bez realnej wojny, samym arsenałem wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. Różny język, ten sam wzór.

Czy porównanie do Hitlera i Xi Jinpinga nie jest przesadą? To nie zrównanie postaci, tylko wskazanie powtarzalnego mechanizmu: najpierw legalnie tyle, ile się da, potem eliminacja rywali i mandat z niekończącego się stanu zagrożenia. Chodzi o wzór działania władzy, nie o stawianie znaku równości między ludźmi.

Co to znaczy, że „ostateczną walutą jest uwaga”? Że pokój przegrywa z wojną walkę o miejsce w naszych głowach. Dobre rządzenie jest niedramatyczne — jego sukcesem jest brak wiadomości. Wojna jest angażująca i codziennie dostarcza emocji. Dopóki uwaga jest najtańszym surowcem, dopóty opłaca się rządzić przez konflikt, a nie przez wyniki.

Posłuchaj

Podcasty dostępne na platformach:

Youtube

Pełne odcinki i shorty

Spotify

Słuchaj w drodze

Apple Podcast

Subskrybuj na iPhonie

Przewijanie do góry